dzienniki andaluzyjskie, vol. 3

Posted: 24th Wrzesień 2011 by Łukasz in demo emo, dzienniki andaluzyjskie

13 lipca

Pojechaliśmy do Rondy.
Wróciliśmy z Rondy.

Między jazdą w jedną stronę a powrotem w drugą, załapaliśmy się na kilka niezgorszych feerii, scen zbiorowych i sytuacji, w trakcie których ja milczałem i kalibrowałem sobie przymiotniki, Gosia natomiast odsysała rzeczywistość na ośmiogigową kartę pamięci w swoim Cannonie.

Mnie wzięło jeszcze przed. W drodze na dworzec autobusowy oglądałem ją, Malagę, jak się dźwiga ze snu i gotuje do kolejnego dnia. Piękny widok. Opustoszałe ulice. Tony świeżego nieużywanego powietrza. Poranek rozłupany na dwie idealne połówki – kompletną ciszę i konkretną rozpierdolkę, gdy do głosu dochodzą klaksony, prujące skutery, autobusy łapiące sapkę na przystankach, klimatyzatory mantrujące niczym klient na głodzie i serdeczni krajowcy rzucający „hola!”, „hola!”, na prawo i lewo. W bonusie rzeźwa bryza znad morza cucąca miasto po ciężkiej dwudziestostopniowej nocy i animująca przedmioty, które dzięki niej wibrują, kręcą się i łopocą. Plastikowy kubek pomykający przed nami zygzakiem jak piesek z plastiku. Klaszczący rant plakatu reklamującego korridę. Latający dywan z wczorajszej gazety. Wiszące na balkonie suknie flamenco, kolekcja suszących się skalpów, pod którymi wciąż harcują neurony.

Z autobusu lustrujemy Andaluzję. Najpierw, gdy trasa biegnie wzdłuż jej wybrzeża, gapimy się na kombinaty wypoczynkowe, blokowiska, z których utworzono samowystarczalne państewka z wewnętrznym obiegiem towarów, uczuć, płynów ustrojowych, Andory i Watykany zorganizowanej turystyki, potem, kiedy odbijamy wreszcie w głąb i obieramy kurs na Rondę, stajemy się znienacka widzami hiszpańskiej emulacji serialu „Dallas” – niedostępne rezydencje na wzgórzach, obstawione gajami oliwnymi i palmami pałace ze szkła, pola golfowe o rozmiarach lotnisk, wczepione w zbocza osiedla bielutkich willi, wypucowane przez insekty kości gigantycznych ssaków rozsypane na zrudziałej od słońca glebie.

Ronda, w Rondzie idziemy na słynny most w Rondzie. Łazimy po nim w te i we w te, wzdychamy i paluchem wskazujemy sobie na co lepsze obiekty, które zainstalowały się w pejzażu. Omijamy arenę do tauromachii i wnikamy w najstarszą część miasta. Spokój, sjesta, skwar, zza opuszczonych na ¾ żaluzji i okiennic uformowanych w budkę dobiegają nas kadencje dialogów i szczęk sztućców. Lądujemy i my na zasłużonym popasie, szamiemy bagietki z chorizo, zakąszamy melocotonami, spijamy zimną mineralną, którą przed sekundą nabyliśmy w spożywczaku na rogu. Błogość wypełnia nam ego i jelita. Gosia zapada w krótką regenerującą komę, a ja obserwuję.

Jest tyle rzeczy w Hiszpanii, które robią mi sashimi z serca! Ale gdyby mnie ktoś spytał o pierwszą trójkę, to bez wahania bym odpowiedział, iż jedna z lokat na pudle należy się parkom. Które zwłaszcza po łódzkich terenach zielonych, używanych zazwyczaj tylko jako całodobowe klozety, mety pod chmurką i wybiegi dla piesków, na których ku uciesze ich właścicieli szwendają się jeszcze i darmowi pozoranci, wydają się być scenografiami z jakiejś teatralnej sztuki o bukolicznej wymowie. I już mi nawet nie chodzi o te luksusowe przegięcia, których zaznałem niegdyś w Barcelonie, gdy na widok działających o godzinie 23 ruchomych schodów transportujących ludożerkę między poziomami miejskich ogrodów zaznałem szoku kulturowego o sile wojskowej lewatywy, ale o zwykłe przytulne miejsca, gdzie można sobie siąść i uwarzyć konstatację. Jak to zwykłe przytulne miejsce w Rondzie. Za plecami mamy meczet z katolickimi apdejtami, pod nosem ciurka nam fontanna, wokół nas – ławki, alejki, rośliny tropikalne. Pełna harmonia. Żadnych pląsających amstaffów, ziomalek z siorkami, które ukraińskimi camelami wędzą oseska o imieniu Dżesika, weteranów zawodowego rozbrajania połówki za piątaka. Wczesne popołudnie Andaluzji, nirwana.

W Maladze za to obrywamy w ryj wydechem z farelki. Niespodziewanie, centralnie. Po trzech godzinach w klimatyzacji na kółkach wracamy na ziemię, na której + 30 pod wieczór to norma. Półżywi trafiamy na kwaterę i tam od razu fundujemy sobie zadośćuczynienie w postaci ogromnego schlodzonego arbuza, do którego dobieramy się na wyścigi i z którego rękoma wyjadamy gąbczasty miąższ niczym para zombiaków oprawiająca kogoś z naprawdę dużą bańką.

nocą

Gosia odleciała. Siedzę na balkoniku wielkości mojego brzucha i wspominam, dumam, wypatruję. Rok temu tak samo dostrajałem się do mroku na obczyźnie. Tyle że w Barcelonie wisiałem dwa piętra nad avenidą, na której nawet grubo po północy syczał i przemieszczał się rozentuzjazmowany tłum. Między wieżowcami nurkowały mewy. Z barów waliło tłuszczem, ze skrzyżowań jechało spaloną gumą. Pod nami położono linię metra, tak więc średnio co kwadrans wszystko z lekka dygotało i dematerializowało się na sekundę – jakby to Godzilla skradała się na paluszkach, by spłatać miastu psikusa. Tutaj jest inaczej. Boczna uliczka, cisza tak otchłanna, że słyszę trzask zapałki pękającej przecznicę dalej. Moim refleksjom towarzyszy kot, czarna obecność w oknie naprzeciwko. Mam pod ręką Sangrię, stożek Flana, notes. Na niebie mrugają andaluzyjskie zodiaki i samoloty z całego świata. Zamontowany pod sufitem wiatrak o metrowych łopatach robi swoje i robi to dobrze.

14 lipca

Wuj, kurwa, wuj, się pojawił! Czemu zadziało się tak, że pod wpływem ciepła, leniwego mlaskania fal i zapachu rozgotowanej melaniny w moim mózgu nie pierdolnęła proustowska magnezja i nie wywołała jakiejś idyllicznej nadmorskiej sceny z połowy lat osiemdziesiątych, gdy przebywałem na koloniach we Władysławowie i odkrywałem na tamtejszych wydmach ciała inne niż swoje? Dlaczego w efekcie sprzężenia tych mnemotechnicznych bodźców wychynął akurat on? Sprawa nie do rozkminienia. Na szczęście wuj nie zmaterializował się w swojej sarmackiej postaci na stanowisku obok. Tym razem obcowałem z nim nostalgicznie. Zstąpił jako seria werbalnych reminiscencji, które obskoczyły mnie, gdy tylko ułożyłem się wygodnie na ręczniku, zluzowałem powieki i poczułem, że z wolna się zapadam w bury pył wulkaniczny, jakim wyłożone są tutejsze plaże. Byłem naoliwionym kwintalem Polaka, gdy poczułem wuja w uchu.

– Wiesz, jak będziemy se leżeć tam w Maladze, to nie ma tak, że będziesz leżał i leżał. Po chuj? Od leżenia dziewczyny są. Tutaj należy się trochę ruszać, poruszać, bo ci mlecz się zetnie w mięśniach i zgnije. Nie ma tak. Jak ja byłem młody, to ja tam się ruszałem, ruszałem się za dwóch, co ja gadam, kurwa, za trzech się ruszałem, a ruchałem za dziesięciu. No, było, minęło, teraz sobie tylko popatrzę i pogłaskam i już mi lżej na krzyżu. Kobiety do mnie lgną, wiem to. Sam nie wiem dlaczego. Może ciuchy, może trochę też że poświrować umiem? Na weselach to, człowieku, opędzić się nie mogę. Po prostu Dżon Trawolta drugi. Jedna z drugą luken-kuken, że chce potańczyć, a ja przecież wiem, że one w tym tańcu, to tak chcą pół na pół – pół tańca a pół ruchańca, he, he, he. A te ich smutne banany siedzą za stołem i gołdę grzeją, a ja tam myk-myk i już po równiku palcem jeżdżę. Rozumiesz, po RÓWniku. Taki już jestem i taki skonam, nie ma to tamto. Bym im nawet siebie zapisał na po śmierci, żeby tam zbadali, czemu ja taki jestem, ale z drugiej strony, to po chuj, skoro oni mnie wtedy już tego nie powiedzą? Wole być i pozostać zagadką. Jedno ci powiem, młody, nie ma co gnuśnieć jak ogór w słoju, bo chuj, po tobie będzie. Trzeba się ruszać, śmiać, nie przejmować się i się orientować trzeba. O higienę trzeba dbać, nie że pedał od razu, nie że puder na cyce, ale jak ci z kija będzie jechało, to bracie, tylko za pieniądze, a za pieniądze no to sam powiedz, co można mieć za pieniądze, jaką przyjemność za pieniądze, za które to sobie możesz kotleta w knajpie zamówić, ale nie prawdziwe uczucia, laskę z miłości? Więc jak już sobie tam zlegniemy, w Maladze tej, to poleżymy ile trzeba, ale potem działamy. Trochę sobie na dupeczki polukamy, a potem może w karty, dobra? Ale nie tak, że jeb, jeb, jeb na kocyk zrzucasz kareta, kurwa, dzwonek. U wujka nie ma łatwo, u wujka jest masakra. Umawiamy się tak, że kto przegra partię rundę, dyma kilosa biegiem po plaży, albo robi 30 pompek na kościach, jak my w jednostce kiedyś, albo pod wodą siedzi 5 minut. Chociaż może 5 to akurat w chuj za dużo, bo ci bąble otworem pójdą? Albo może w ogóle potem to może na zadania, co? Przegrałeś, idziesz do kogoś obok i mu musisz napluć do kubka. Albo strzelić jakiejś lasce z cyckonosza. Albo się zgłaszasz u gościa, czarnego najlepiej, bo wtedy jest pewność, że on nie skuma co do niego mówisz, i mu, że przepraszam, ale którędy teraz jeździ dziewiątka? Osz, kurwa, będzie ubaw. To będzie taki kwiz z przeszkodami. Ciotką się nie przejmuj, jakby coś tam gadała,, że nie wypada, to ja ją wyciszę. To dobra kobitka jest, ale nie ma się już co oszukiwać – naciąg z deka puszcza. A kiedyś miała takie elementy, że ja pierdolę, innych to darło na sam widok. Ale popatrzeć se mogli co najwyżej i obejść smakiem. Nawet jednemu takiemu frajerowi nawrzucałem raz, że patrz, patrz, może ci od tego urośnie?

Uniosłem się i rozejrzałem. Nie ma go, tylko mi się słyszało. Poza tym – norma. Stada hiszpańskich nastolatków, połyskujący turyści, statek na horyzoncie, rozdygotana akwamaryna, w której taplają się dzieciaki płci obojga i jedna smutna Amerykanka topless, Afrodyta o opróżnionych piersiach, dyndających jej pod żebrami. Wokół kręcą się plażowi sprzedawcy, którzy targają na sobie kieszonkowe lodówki, naręcza sukienek, grona toreb i zachęcają do ich nabycia za pomocą  minimalistycznej pieśni reklamowej: akłacerwezafantacocacoladrezbegsuwenir. Jest dobrze, Gosia wcina melona i w lilipucim notatniku zapisuje swój sen z poprzedniej nocy.

15 lipca

Sevilla to miasto ognia, Hiroszima, strefa zero.

[zdjecia kiedyś, bo szuflowanie na Ultramarynie znowu jest broken.]

  1. kolega Tetrix pisze:

    Zdaniu o Sewilli mogę tylko ze współczuciem przytaknąć. BTDT letnią porą, kursując między jakimś chorym centrum konferencyjnym z piekła rodem a nędzamotelem, na jaki mogło sobie pozwolić Stowarzyszenie Archiwistów Polskich. Nie było smutniejszej historii na świecie.
    A ogólnie – pięknie, Łukasz, pięknie. MOAR!!!

  2. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix

    Panie, po 2h w ekskluzywnym pociągu z klimą wrzuciło nas w +40 w Sevilli. Język ludzki tego nie opowie. Na szczęście przetrwałem i mogę teraz dawać świadectwo. Bede dawał. Dzięki za miłe słowa.

  3. bartoszcze pisze:

    „oglą­dałem ją, Malagę, jak się dźwiga ze snu i gotuje do kole­jnego dnia” – to zdanie aż pachnie McBainem, pokrewieństwo z dobrem to dobro
    przepraszam, dziękuję za uwagę i proszę o więcej

  4. pm pisze:

    świetny blog, naprawdę, masa rodzinnej publicystyki pod względem stylistyki czy inteligencji wypada przy nim mocno pszeniczno-buraczanie. czy Pan gdzieś jeszcze publikuje?

  5. Łukasz pisze:

    @ bartoszcze

    To ja bardzo dziękuję i obiecuję więcej – i jeszcze więcej.

    @ pm

    Raczej tylko na tym blogasku. Sporadycznie w Odrze. Zapraszam na PzP – wróciłem właśnie z wojaży i obiecuję, że teraz będzie dużo i regularnie.

  6. petroniusz pisze:

    Wuj to jakieś mistrzostwo, powinien kandydować na posła!

  7. Łukasz pisze:

    @ petroniusz

    Totalnie widzę go w parlamencie!