Wojna i wolność

Posted: 29th wrzesień 2011 by Łukasz in biblioteka

Nie mogłem sobie wybrać lepszego miejsce na lekturę „Wolności” Jonathana Franzena, niż to gospodarstwo agroturystyczne na skraju Puszczy Noteckiej, w którym razem z Gosia spędziliśmy przełom sierpnia i września. Nie mogłem, po prostu.

Przecież wcale nie tak znowu za często tonacja czytanej właśnie literatury koresponduje z aurą za oknem, lokalizacją, stanem ducha czy portfela. Ileż to w moim życiu przeczytałem dołujących kawałków, gdy nad Polską akurat mościł się wyż a ulicami paradowały bachantki! A ile razy rżałem, nie bacząc, że na szybach ślimaczy się deszcz i w każdym po trzydziestce budzi się mała Sylvia Plath. Lecz tam, w Nowym Dworze, było inaczej. Klik! Już pierwszego popołudnia wszystko pomiędzy mną a resztą zaskoczyło i proces ruszył z kopyta. W przeciągu niespełna 3 dni wchłonąłem 800 stron „Wolności”. Przewracając ostatnią, poczułem ukłucie żalu, że to koniec. I gwałtowną ochotę, by zacząć ją raz jeszcze.

Zjechaliśmy z Gosią do Nowego Dworu na grzyby i pałace. Ale rychło się okazało, że runo leśne świeci pustkami a perły arystokratycznej zabudowy albo zgryzły na miazgę wieprze, albo też pucuje się je i rekonstruuje za dwumetrowymi ogrodzeniami. Rankami zatem robiliśmy obchód noteckiej dziczy, w trakcie którego głęboko sztachaliśmy się wyziewami z tysięcy sosen i pląsaliśmy na sprężynującym mchu. Potem wracaliśmy, by przygotować obiad. Po obiedzie nastawała sjesta – pora, która tak naprawdę trwała aż do zmierzchu. W tym czasie zalegaliśmy nad Wartą, gdzie Gosia z pasją oddawała się scrapbookingowi, anektując po temu całą powierzchnię drewnianej ławy, a ja wsadzałem nos we Franzena. Łagodne zbocze przed nami ostrożnie wiodło chętnych ku rzece. Na jej drugim brzegu pasło się malownicze stado krów. Było spokojnie i cicho. Momentami milczenie było tak absolutne, że wydawało się, iż starczy chwila koncentracji, by móc usłyszeć trące o siebie obłoki. W porę jednak w oleistej wodzie rzucała się jakaś duża sztuka, nie wiadomo skąd nadlatywał rozwrzeszczany ptaszek, zjawiał się gospodarz, a wraz z nim w powietrzu zawisał swąd Korsarzy i parę kurew. Podjadaliśmy czerwone winogrono z Lidla, pociągaliśmy winka i rozmawialiśmy za pomocą mruknięć. Pasowaliśmy do siebie i do tego co nas otaczało.

„Wolność” Jonathana Franzena to epicka opowieść o Ameryce. I kiedy piszę „epicka”, to mam na myśli, że epicka. Czyli świetnie napisana, precyzyjnie skonstruowana, traktująca o 3-4 dekadach lajfu w Stanach, i tyluż pokoleniach, wielowątkowa, wciągająca, ironiczna, poważna i gruba jak ja lub redaktor Terlikowski. Franzen nie pęka i bierze na klatę zarówno losy jednostek, jak i najnowszą historię północnoamerykańskiej nacji. Na przykładzie zamożnej rodziny Berglundów, dwojga rodziców i dwojga ich dzieci – oraz przyjaciela familii, zbuntowanego awangardowego muzyka, Richarda Katza – pokazuje nie tylko rozwój ich osobowości, transfery od miłości do nienawiści, niestałą temperaturę wzajemnych relacji, ale i formujący się z mozołem kształt obecnej Ameryki. Od dzikiej swobody lat sześćdziesiątych, przez tłuste i zachowawcze dekady Reagana, Busha seniora i Clintona, aż po chaos, terroryzm i niepewność dwudziestego pierwszego wieku. Franzen dowodzi, że 11 września 2001 roku nie był tak naprawdę dla Amerykanów apokalipsą, ale pierwszą z serii apokalips. Po nim nastąpił przecież Afganistan, Irak, bańka spekulacyjna, recesja i globalny kryzys. Wszystkie te klęski, w mniejszym lub większym stopniu dotykają także i Berglundów. I oni się także zmieniają – ich również groźny współczesny świat wysadza z siodeł. Walter, mąż i ojciec, dobry człowiek, który własnymi siłami wydobył się z rodzinnego syfu i dochrapał poważania jako prawnik, będąc juz panem w średnim wieku daje się wciągnąć w szemrane interesy z dużym biznesem i funduje sobie niszczący romans z asystentką. Jego żona, Patty, niespełniona gwiazda koszykówki, osuwa się w depresję i łakomie zerka na Richarda, który nie pozostaje je dłużny. Ich dzieci, Joey i Jessica, próbują samodzielnie boksować się ze swoimi demonami. Wszyscy domagają się tytułowej wolności, ale kiedy mogę wreszcie do syta z niej skorzystać, to okazuje się, że jest ona przekleństwem.

Ważna książka.

  1. Ha, a ja czytałem sobie rok temu „Korekty” i były naprawdę niezłe, co nawet u siebie na blogasku odnotowałem. Tylko wątek z Litwą trochę chyba jednak stereotypowo i z dupy.

  2. Łukasz pisze:

    @ galopujący major

    och, tak, „Korekty” są przezacne. „Wolność” tak samo. by się w RP ktoś taki zdał, kto pociągnie story kilku bohaterów od, powiedzmy, lat siedemdziesiątyc do dzisiaj. przełomy, wyłomy i zakręty. tylko żeby lżej było i jednak z ironią, a nie że etos, rosyjska trojka i polski smutny cyc.

  3. Jest ktoś taki. Inga Iwasiów w „Bambino” (i potem jeszcze ciągnie to w drugiej książce). I nie ma etosu, i ruskich kibitek, ale niestety (albo stety) nie ma ironii i dużo smutnych cyców, jak ze Świątecznej Wyborczej. Ale imho naprawdę dobrze poprowadzone, choć pomysł jakby zerżnięty z Pereca i „Domu” rodziny Popiołów;)

  4. A. pisze:

    Z góry przepraszam, że nie na temat, ale z ciekawości – którą książkę Palahniuka uważa Pan za najlepszą? Bo już od dłuższego czasu się zabieram, ale jakoś nie wiem, od czego zacząć ;)

  5. Kaś pisze:

    Łukaszu, uwielbiam Twoje recenzje :)

    lekkie pióro i tęga głowa :) Jestem pod wielkim wrażeniem talentu :)
    Czytam skrupulatnie wszystko, co gorąco polecasz :)

    Pozdrawiam serdecznie!

  6. Łukasz pisze:

    @ A.

    Moje ulubione to „Fight Club” i „Opętani”. Znajdziesz tam esencję Palahniuka i po prostu bardzo dobrą literaturę. Jak ci te nie przypadną do gustu, to już po inne jego nie sięgaj.

    @ Kaś

    Bardzo dziękuję za miłe słowa. Wpadaj jak najczęściej. Tylko proszę o mniejszą ilość emotikonów w komentarzach. Bo zażółca.