Madison Spencer, piekielny głos w twoim domu

Posted: 17th Październik 2011 by Łukasz in biblioteka

Och, jak bardzo przypadła mi do gustu Madison Spencer,  protagonistka najnowszej powieści Chucka Palahniuka zatytułowanej „Potępieni”! Jak bardzo, jak bardzo. Ale czy można nie polubić tak wdzięcznej istoty? Madison ma 13 lat, jest gruba, jest pyskata, dobrze kombinuje – i jest martwa. Swoją nawijkę transmituje z piekła, do którego to krzywego miejsca dostała się w następstwie ostrego przedawkowania marihuany. Przynajmniej tak brzmi wersja oficjalna.

Biedna Madison. Nie dość, że za swojego młodego życia zdążyła porządnie oberwać w kość, to jeszcze i po śmierci nie może się wyluzować.

Bo wbrew pozorom bycie córką zblazowanych celebrytów z branży filmowej to nie bułka z kawiorem. Zwłaszcza jeśli rodzice niemal od kołyski faszerują cię dragami, truizmami i obrzydliwą hipokryzją. Starzy Madison byli potwornie bogaci, rozpoznawalni i wyzbyci wszystkiego tego, co nie jest snobizmem i chciwością. Mamusia lubiła dręczyć swoje kakaowoskóre służące, tatuś zaś posuwał zawodowo asystentki. Oboje wyznawali nowoczesne teorie i mieli pożyteczne medialne hobby: kolekcjonowali sieroty z całego świata. Prócz tego żywo interesowali się kondycją środowiska naturalnego – małą Madison złożono do grobu w biodegradowalnej trumience.

Piekło jednak też ssie. Okazuje się, że na grubsze atrakcje nie ma co liczyć, a co gorsza trzeba zasuwać w telemarketingu. Więc każdego dnia – a pamiętajmy, że ma ich przed sobą +/- nieskończoność – Madison siada na słuchawce, wykręca jakiś ziemski numer i robi badania konsumenckie. Niekiedy jednak urywa się z tej nudnej roboty i wespół z bandą zaprzyjaźnionych dzieciaków, kujonem Leonardem, mięśniakiem Pattersonem, punkiem Archerem, laleczką Babette, szuka guza.

Palahniuk pojechał tutaj ostro, nie ma to tamto. Odpuścił sobie staroświecką geografię i darował klasyczne dekoracje ze szkolnego teatrzyku pod wezwaniem Dantego. Posłuchajcie sami jak brzmią namiary z palahniukowego infernum: Wielki Ocean Zmarnowanej Spermy, Bagnisko Niedoskrobanych Płodów, Morze Insektów, Płaskowyż Tłuczonego Szkła. Wędrowcy brodzą w karaluchach, kulkach popcornu i lizakach Sugar Daddy. W powietrzu drży nieustający wrzask tych, co mają gorzej.

Madison nie tylko eksploruje to makabryczne terytorium, ale i próbuje nawiązać bezpośrednią łączność z szatanem. Ponadto non stop gada, tryska ironią i w demolujących reminiscencjach przedstawia co lepsze kawałki ze swojego samotnego i pełnego frustracji preadolescencyjnego lajfu. W bonusie ujawnia prawdziwe okoliczności własnej śmierci, która, jak się okazuje, wcale nie była tak łagodna i naturalna, jak na dzianą małolatę przystało.

Ale „Potępieni” to nie jest wybitna powieść. Tak, pod korek wypełniona efektownymi pomysłami, malowniczym okrucieństwem i obrzydlistwami tak wyrafinowanymi, że aż wypada zapytać w co bogata była dieta Palahniuka, gdy to pisał. Ale… hmm… gdyż… i… ta proza jest obła. Gładka, wypolerowana, świetnie funkcjonująca, czysta profeska aż miło popatrzeć. Lecz – obła. Pociągnięta sutą warstwą lakieru, impregnowana, pozbawiona zadziorów, kantów i drzazg, które mogą zostać ci pod skórą. Po entej stronie erotycznych fikołków, hektolitrów wydzielin i jatek rodem z maratonu skandynawskich filmów gore po prostu zobojętniałem i cierpliwie, bez emocji, dojechałem do końca. Lecz ten problem nie ogranicza się tylko do „Potępionych”. Podobnie czułem się, czytając „Niewidzialne potwory”, „Dziennik, „Udław się”: mistrzostwo formalne i jałowość/wtórność treści, przekazu, idei. Palahniuk coraz częściej przeistacza się w taniego demona na umowę o dzieło. Jeszcze kilka takich rzeczy jak „Potępieni” a dostanie swój kącik w TVN Style, gdzie razem z Reni Jusis i Aleksandrą Kwaśniewską będzie rozprawiał w niedzielne popołudnia o najnowszych trendach w bondage, odkryciach na rynku lubrykatów i promocjach w dziale metalowym Castoramy. Kiedyś Chuck miał pazury, teraz ma wypielęgnowane opuszki, od których ciągnie kokosowym mleczkiem i bawełnianą rękawiczką na noc. Jak pierwszy raz przeczytałem „Fight Club”, to chciałem wyjść z domu i z marszu zdemolować najbliższy salon telefonii komórkowej. Albo przynajmniej wymownie przed nim postać. Po „Potępionych” udałem się do lodówki po kolejną porcję mieszczańskiego sorbetu o smaku limonki.

Natomiast wobec Madison Spencer żywię te wszystkie gorące bezpieczne uczucie, na jakie pozwolić sobie może biały mężczyzna w średnim wieku wobec martwej trzynastolatki.

  1. bartoszcze pisze:

    Tani demon na umowę o dzieło. Napisałbym o tym Coś, gdybym miał pomysł zamiast jeno podziwu. Czołem walę przed tą frazą.

  2. urbane.abuse pisze:

    A może mały ranking Piekieł Przedstawionych? Taka tam nieśmiała propozycja.

  3. Łukasz pisze:

    @ bartoszcze

    Bardzo dzięki za miłe słowa.

    @urbane.abuse

    Hmm… ranking to może nie, bo jak sobie pozycjonować takiego Miltona, Dantego, Swedenborga, czy Marlowe’a? Mnie tam bardzo dotykają nie takie dosłowne aranżacje, ale wykorzystanie motywu i dekoracji. Jak na przykład XV epizod „Ulissesa”, „Mistrz i Małgorzata”, nowoczesne miasto jako inferno w „Ziemi obiecanej”, czy „Krwawy południk”, który tak naprawde można w całości potraktować jako wędrówkę dzieciaka po piekle.

  4. Mirzka pisze:

    Z Palahniukiem jest ten ból, że stworzył swoje opus magnum w pierwszej książce i cała reszta to tylko odcinanie kuponów od sławy. Chociaż nie można powiedzieć, że nie próbuje, bo warsztatowo jest świetny i daje tyle obrzydliwo-krwistych ochłapów, że może to się podobać. Ale nie jest już 34-latkiem wkurwionym na to, że popkultura okłamywała go przez całe życie, że nie może przejść prawdziwie męskiej inicjacji, że miłości nie ma, przyjaźni nie ma i jedyne, co pozostaje to tylko kupno kolejnych mebli z Ikei. Stał się celebrytą, czyli tym wszystkim, o czym Tyler mówił, że stać się nie możemy. Jego książki nie są już prawdziwe.

    „Fight club” jest biblią mojego życia od lat nastych i myślę, że jeszcze trochę nią pobędzie. Nie ma drugiej takiej książki na całym świecie, która dałaby mi tyle energii do działania. Sorry to say, ale może powinien twórczo umrzeć w wieku 34 lat.

    Przeczytałam Rozbitka, Niewidzialne potwory, Udław się i Dziennik, i to było ok, ale jakieś bez większej refleksji. (Fabuły mi się plączą, to zły znak.) Najgorszą rzeczą, jaką dorwałam był Pigmej. Ta książka jest zła na wielu poziomach – bohaterów, fabuły, ideologii, ale chyba najgorszą rzeczą jest palahniukowe skomlenie. On przeprasza, PRZEPRASZA powieścią cały naród amerykański za to, że ośmielił się napisać taką rzecz, jak „Fight Club”, bo, jak wiadomo, terroryzm po 9/11 nie jest taki cool, jak wcześniej. To smutne.

    Wybacz za tl;dr. Potępionych pewnie i tak przeczytam.

  5. Mirzka pisze:

    Och, wybacz, miałeś już notkę o Pigmeju, nie zauważyłam. (Ale to było wiosną, więc czuję się usprawiedliwiona.)

  6. Łukasz pisze:

    @ Mirzka

    Doradzam ci lekturę „Opętanych” – dobra, gruba kniga, w której krzywy seks i okrucieństwo są naprawdę po coś.

    A czemu Chuck sie uparł, żeby co roku walnąć jakąś nową 300-stronicową powieść, to ja nie wiem. Sporo czasu upłynie zanim sięgnę po „Powiedz wszystko”.

  7. fan-terlika pisze:

    Boję sie Fight Cluba, bo nie czytałem, a przez ten czas przecież tak nim nasiąkłem, tak się osłuchałem. Mam go zresztą, dzisiaj czy jutro zacznę, ale co jak będzie NIE TAKI, albo – co gorsza – TAKI? To z jednej strony, a z drugiej są te wszystkie nowe. Hm.

  8. fan-terlika pisze:

    Dobra, moje obawy były tak głupie–

  9. Łukasz pisze:

    @ fan-terlika

    A widzisz. To kiedy rozpoczynamy Operację Chaos?

  10. dr_judym pisze:

    Uff, czuję się rozgrzeszony, bo mam tak samo z ostatnio przeczytanymi książkami Palahniuka. Udław się, Dziennik — mnóstwo świetnych zagrań, patentów i efektów, ale całościowo już gorzej, zwłaszcza końcówki tak sobie.

  11. Łukasz pisze:

    @ dr_judym

    Właśnie tak, nie inaczej. Sądzę, że swoje dokłada tutaj także i polityka Niebieskiej Studni, która ciurkiem wydaje prawie tylko Palahniuka. Więc jak sobie tak przez 3 lata pojedziesz 5-6 jego powieści, to jak na dłoni widać, że markiz Chuck wynalazł sobie wydajną formułkę, dzięki której co rok może dostarczyć 300 stron noweg-starego kontentu.

  12. Barts pisze:

    Meh. Filmowy Fight Club to dla mnie jeden z moich Top 5 filmów ever. Książkowy… zupełnie mi się nie. Czytałem potem w oryginale, bo może tłumaczenie coś zrąbało – ale nie, nie podoba mi się ani trochę. I jeszcze to zakończenie, błerk.