Pojechać do Azji Środkowej

Posted: 23rd Październik 2011 by Łukasz in biblioteka

U Thubrona już pojedyncze zdania są na tyle wartościowe, piękne i ważne, że winny być traktowane jako osobne gatunki, żywe organizmy – z wszelkimi przywilejami i bonusami, jakie przysługują w następstwie takiej kategoryzacji: zgraja specjalizujących się w nich akademików, bractwo pasjonatów-amatorów, doroczne kongresy za unijną kasę, łaciński ekwiwalent potocznej nazwy. Lubię patrzeć na nie, kiedy są w ruchu. Oglądać ich tańce godowe, migracje, grupowe łowy, napierdalanki, w których agresja ściera się z ochotą na harce. Kapitalna sprawa. Thubrona nie sposób od razu ogarnąć. Dlatego w trakcie pierwszych lektur jego książek zadowalam się frazami. Bo ujęty w całości, robi wrażenie nieznanego wcześniej nauce kontynentu, zwróconej Lemurii, odzyskanego z odmętów Mu, na który wpuszczono zwierzęta o oczach szklących się od adrenalinowego kopa, odhodowano bujne lasy, wyłyżeczkowano doliny i puszczono wody, a potem – wydano zgodę na jego zbadanie. Widok, od którego każdemu mięknie rura. Zadanie na lata.

„Cień Jedwabnego Szlaku” to niezwykła książka o niezwykłej wyprawie. Najpierw liczby – 8 miesięcy, ponad 11000 kilometrów, 1 człowiek. Z Chin, przez Tadżykistan, Kirgistan, Uzbekistan, Afganistan, Iran, aż do Antiochii w Turcji. Autobusem, stopem, pociągiem, na wielbłądzie, wozem z oślim zaprzęgiem, o własnych nogach. Thubron nie pęka i pakuje się w co bądź, byle tylko do przodu. Nie kaprysi, nie szuka ułatwień, nie gardzi żadną gościną. Daje.

Czemu wybrał akurat tę trasę? Odpowiedzi na to pytanie jest z pewnością kilka – każda ważka, żadna – rozstrzygająca. Thubron kocha Azję, po pierwsze. Po drugie, chciał zgłębić tajemnicę tego gigantycznego widmowego zjawiska, jakim był Jedwabny Szlak, niegdyś rdzeń kręgowy świata, po którym mknęły życiodajne impulsy, wynalazki, idee, luksusowe dobra, a dzisiaj – jeden z najbardziej wymagających leveli dla podróżnika. Thubrona pasjonują miejsca wspólne, rubieże, strefy transferowe, gdzie kultury wzajemnie się przenikają, kolaborują ze sobą i zwalczają. Na Jedwabnym Szlaku takich przykładów znajdzie co nie miara. To po trzecie.

Startuje z Xi’an, pierwszej stolicy Chin, gdzie znajduje się grób mitycznego Żółtego Cesarza, protoplasty Chińczyków i gdzie na sygnał wciąż czeka Terakotowa Armia, ośmiotysięczna rzesza figur naturalnej wielkości wykonanych z wypalonej gliny i towarzyszących swemu panu w ostatniej drodze. Thubron był w Chinach 18 lat wcześniej i teraz (w początkach nowego millenium) na każdym kroku zauważa ogrom zmian, które w tym kraju zaszły. Nie tylko urbanistycznych, ekonomicznych i technologicznych, ale i mentalnych: wzrosło nowe pokolenie, któremu obce są maoistowskie teorie i krwawa przeszłość ich rodziców.

Potem obiera kurs na północ, by spotkać Żywego Buddę i niebieskooką Chinkę. Mija Mur Chiński.

Zjawia się w oazie Dunhuang i zwiedza tutaj kompleks jaskiń, w których zachowały się niepowtarzalne rzeźby i freski – utleniające się z roku na rok sceny rodzajowe, na których otłuszczeni bogowie luzują się w raju, a ziomki na dole zasuwają poniżej płacy minimalnej.

Obrzeżami Takla Makan, wszystkożernej pustyni, która zdążyła już wchłonąć ponad 300 osad, klasztorów i twierdz. W zamian rewanżując się jednak dorodnymi mumia przedstawicieli nieznanego ludu o płaskich kościach jarzmowych, które z namaszczeniem wyciska ze swojego wnętrza – niczym rzadkie, wycofane już z obiegu monety.

Następnie Thubron tnie Azją Środkową. Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan. Ogląda byłe metropolie, zdezaktualizowane centra, niegdysiejsze serca Azji, których bicie nadawało ton życiu w promieniu tysiąca kilometrów – takie jak Buchara, takie jak Samarkanda. Piękne i żyzne krainy, przez które szły kolejne fale zniszczenia, różniące się jedna od drugiej tylko nazwiskiem tego, który spoglądał na swoje dzieło z czubka apokaliptycznego bałwana: Czyngis-Chan, Timur, Hulagu.

Afganistan, w którym nie ostygły jeszcze zwłoki i walki. Iran, gdzie dojmująca prawda o pozycji jednostki w państwie  sprzeda mu kokosa na cmentarzu Beheszt-e Zahra. Na cmentarzu Beheszt-e Zahra, na którym legło 200 tysięcy młodych chłopaków posłanych na pewną śmierć w wojnie iracko-irańskiej przez staruszków wypełniających dyrektywy z nieba.

Na koniec – Antiochia.

Nie przejmujcie się, to powyżej, to tylko bardzo oszczędny szkic odysei Thubrona. Ledwie parę namiarów z czytelniczego gps-u. „Cień Jedwabnego Szlaku” zaś to licząca ponad 450 stron małego druku książka, w której zamkniętych jest tysiąc opowieści, obserwacji i trafnie osadzonych słów.

Co mnie jeszcze urzeka w Thubronie – poza maestrią jego pióra, aleksandryjską erudycją i odwagą, dzięki której wnika w zapuszczone sztolnie i nie pierzcha przez uzbrojonymi po zęby bandami – to filozofia, którą wyznaje i wciela w czyn. Bo cała jego działalność podróżniczo-pisarska to nie jałowa adoracja skorup, ruin i tkanin z grzebalnika historii i nie żadna tam kulturalna erekcja przed spłowiałymi mozaikami, ale autentyczny szczery zachwyt. Niekłamana w niczym potrzeba sycenia swoich zmysłów i umysłu wiedzą, przygodami i fizycznym kontaktem z artefaktami. A zarazem – skromność. A, tak właśnie! Gdyż Thubron nie wyciąga na wierzch swojej wysmaganej azjatyckimi wiatrami pałki i nie domaga się arii cmoknięć. To cichy, szczupły kolo, który wtapia się w tłum, nasiąka tamtejszą rzeczywistością, skrzętnie notuje, zapisuje na zwojach i sercu co lepsze kawałki – a potem wraca, żeby komuś o tym po prostu opowiedzieć.

Mnie ruszyła zwłaszcza ta nawijka o grobowcu mongolskiego sułtana Oldżajtu w Sultanije. Otwarta przestrzeń, po której przetacza się pył, wiatr i duchy. Nic, nikogo. Aż tu nagle dostajesz po oczach jaskrawoturkusową kopułą, zwieńczoną szpicem 60 metrów nad ziemią. Budowla, która wygląda jak robota jakiegoś znaczniejszego demiurga wyposażonego w nóż wycinający wzory w rzeczywistości. Czy może się zdarzyć coś lepszego w życiu? Niż ta chwila, kiedy przekraczasz niewidzialną granicę i lądujesz w innym porządku? Jedni nazwą to iluminacją, inni otwarciem, ci którym było za daleko do szkoły – konkretnym pierdolnięciem i zgięciem do gleby. Tak sobie myślałem, czytając enty raz ten fragment: jebnąć to tu i ruszyć tam. Zostawić za sobą układziki, sztuczne uśmiechy i kompromisy, które polegają na tym, że co dzień udajesz, iż nie wiesz nic o dildo w rozmiarze buzdygana moszczącym się w najlepsze w twoim anusie. Pojechać do Azji Środkowej. Zostać utrzymankiem jakiegoś lokalnego baszy w dresach, paść się rozżarzonym powietrzem, wcinać baraninę, żłopać kumys, z pełną świadomością, że nie oglądał tych wyrobów kontroler HACAP. A po tygodniu żałować tej wycieczki i rozglądać się w panice za najbliższą agendą Amnesty International. Pojechać do Azji Środkowej.

Ale gdyby nie Dorota Kozińska, tłumaczka „Cienia Jedwabnego Szlaku”, nie byłoby, obawiam się, takiego Thubrona. Ktoś, kto dokonuje tak sprawnych i arcydzielnych zamian obcych liter na rodzimy kod powinien mieć parki swojego imienia, dożywotni fotel w senacie i stały kupon rabatowy obowiązujący w każdym kraju w każdym antykwariacie.

Zresztą – obaczcie sami:

„Oto barbarzyńskie rubieże, które przez setki lat spędzały Chińczykom sen z powiek. Z wczesnych kronik dobiega zgiełk bitew z nieubłaganym żywiołem koczowniczych najeźdźców. Poezja pulsuje lamentem księżniczek oddanych wodzom Hunów za cenę pokoju.”

  1. Po 70 stronach Syberii Thuborna, mam wrażenie, że te zachwyty nad jego językiem są jednak nieco przesadzone. W końcu to IMHO nie jest proza poetycka. Natomiast tym, czym mnie zachwycił to hmm… kontrapunktem historycznym. Wątki dawnej Rosji wplecione w Rosję współczesną są po prostu znakomite i dalekie od standardowego efekciarstwa (co to ja nie wiem i czego się nie naczytałem na temat). A już ten fragment o śmierci carskiej rodziny momentami ociera się wręcz o Babla. Bardzo sugestywne pisanie.

  2. Łukasz pisze:

    @ galopujący major

    Yyy… a czemu proza poetycka robi w ogóle za jakiś ideał i ważny punkt odniesienia? Nie, nie. Mnie dotyka to, jak on opisuje krajobrazy, formacje skalne, rośliny i zwierzaki. Że widzi takie rzeczy, a nie tylko po reportersku szuka sensacji i świadectw. To jest język precyzyjny, konkretny, dociśnięty poetycko, ale tylko tam, gdzie potrzeba. A nie że się będę napinał i pokażę wszystkim, jaki jestem szpenio od stylu. Wiesz, on na przykład robi w „Cieniu Jedwabnego Szlaku” takie zdanie:

    „Buddyzm w Chinach prowadził jednak dom otwarty”.

    I mnie już nie ma.

  3. Łukasz pisze:

    @ galopujący major

    Dobra, wyspałem sie i już teraz wiem o co kaman z tą prozą poetycką. Tak, Thubron to nie jest taka rzecz, że tutaj waży każdy przecinek, układ wersów i przerzutnia. Ale u niego występuje takie zagęszczenie zdań pięknych, syntetyzujących i boleśnie trafnych, że pozwoliłem sobie na na otwarcie recenzji tym ekstatycznym akapitem.