o współczuciu

Posted: 5th September 2013 by Łukasz in transmisje

No więc siedzę po pracy w tym bistro na Piotrkowskiej i oddając się drobnym, kulinarnym luksusom w postaci tarty z kozim serem i rulonów z bakłażana, doświadczam zarazem jak stolik obok realizuje się klasyczny topos postnowoczesnego romantyzmu. Dwie koleżanki, z czego jedna trauma. Zaaranżowane przez smutniejszą z nich niezobowiązujące spotkanie nad quiche i lemoniadą, które raptem w połowie pęka i staje się radykalną sesją psychoterapeutyczną, spowiedzią. Popołudnie jest ciepłe i jasne. Powietrze drży od lekkiego wiatru.

– Poczułam, wiesz, bo to się przecież czuje, że się jakoś oddaliliśmy tak. W końcu powiedziałam mu, że jestem gotowa poczekać te dwa lata, on u siebie, ja u siebie, żeby potem zamieszkać razem w Warszawie. A on mi od razu tak bezlitośnie, że nie poczeka, nie chce. Rozumiesz? Ja w ryk, poryczałam się. Myślałam, że mu się głupio chociaż zrobiło. Bo to oznaczało koniec pomiędzy nami. Skąd! Bo uspokoiłam się, nie płakałam już, i wiesz, co on na to i w ogóle? Zapytał, jak mi idzie „Gra o tron”. Rozumiesz? Takim okazał się człowiekiem. Byłam z nim i wszystko, a on mnie w ten sposób potraktował. Wiesz, jakie to uczucie?   

Zapadła cisza. Tej, która przestała mówić oczy lśniły od emocji. Nie ponaglała jednak, nie domagała się natychmiastowej odpowiedzi, współczującego komentarza. Wiedziała z pewnością, że to milczenie jest niezbędne, by w spokoju poczęła się jakaś mądra rada, deklaracja zrozumienia, wylewna otucha. Żeby do głosu doszedł tutaj atawistyczny, nieściemniony humanizm. Wreszcie ta, która do tej pory tylko słuchała, odzywa się.

– Książka czy serial?

McEwan

Posted: 27th August 2013 by Łukasz in demo emo

Napisałem tekst o Ianie McEwanie (od najdawniejszego po najnowszego, “Słodką przynętę”) dla „dwutygodnika”. Więc jeśli ktoś lubi jego pisanie i moje pisanie o pisarzach i książkach, to zapraszam do uczynienia znak klika na słówku „dwutygodnik”.

d_2114[1]

 

Endżoj.

 

 

 

lody

Posted: 18th August 2013 by Łukasz in transmisje
Aleksandrów Łódzki, niedziela. Miasteczko, w którym produkują słońce i marazm. Jest ciepło i jasno – spacerujemy więc zrywami, często przystajemy, robimy zdjęcia. Bo jednak sporo ciekawych obiektów. Uwagę zwracają relikty sprzed dekady – punkty ksero, te zwykłe i te na wypasie, gdyż można w nich zamówić „przepisywanie na komputerze”, zdelegalizowane firmy szwalnicze, poczerniałe drewniaki, z których została wyjedzona od środka skorupa i czynna nawet dzisiaj kafejka internetowa „HOT NET”, gdzie wachtę pełnią dwie zafarbowane na lekki fiolet emerytki, syreny wabiące do jebiącego potem i kurzem wnętrza młodych fejsonautów. Lecz wciąż nikogo w niej nie ma, tylko one, gadające, rozgestykulowane, półki obstawione przeterminowanymi chipsami i piwem i rząd włączonych blaszaków pamiętających jeszcze pierwsze erekcje przy „Counter-Strike”. Po ulicach snują się pary z dziećmi w wózkach lub za rączkę z półnagim tatusiem, sama skóra i tatuaże, paradują zacne, wielopokoleniowe rodziny do i z kościoła, toczą puchnące od basów bejce. W parku na ławkach rezydują samotni psiarze i menele w grupkach – „pójdę przecież wnet do pracy”, mówi on, poczciwy, skacowany wąsacz, „nie, najpierw obetniesz te wąsy! z wąsami ciebie mogą nie wpuścić”, oznajmia ona a ich kompan, reklamówka, bluza Lakersów, dokłada swoją ostrożną glosę: „bywało, że w takich wąsach nie wpuszczali. to są fakty, Mieczysław”. Wprawdzie cmentarz żydowski, na którym pogrzebano cadyków z dynastii Danziger, jest zapuszczony, to jednak miejscowa ludność spontanicznie hołubi swoje multikulturowe dziedzictwo za pomocą gwiazd Dawida i słowa „jude” wymalowanych czarnym sprejem praktycznie wszędzie. Ponadto i poezja wyszła tu na mury i kwitnie. Tym bardziej to budujące, że rymowana. „Z Widzewa wariaty – pała wam do papy”. W budce na Wojska Polskiego dają znakomite gofry z prawdziwą bitą śmietaną, nie z klejem do tapet jak w Łodzi. Kończyliśmy już, gdy podjechał i wysiadł ten gość, wygolony, po hollywoodzku cyniczny. Obcisły ciuszek, napęczniały steryd. Istny donżuan i waginator, trendsetter świeżej opalenizny z Władka. Powiedział wolno i z lubieżnym uśmiechem do okienka:

– Można tego długiego loda? Pani robi najlepsze.

Aleksandrów Łódzki, niedziela.

ojczyzna

Posted: 10th August 2013 by Łukasz in transmisje
Nie oglądałem Polski przez ostatnie dwa tygodnie. Bawiłem w zimniejszych i cydrowych rejonach Francji. Gdy ją w końcu na powrót ujrzałem, musiałem zmrużyć oczy, bo tyle jej było naraz i bił z niej taki gryzący blask. Moje biedne serce…

Wszystko przez ten opóźniony o prawie trzy godziny lot nr 336 z Paryża do Warszawy, nasz lot. To właśnie w rezultacie tegoż kolapsu komunikacyjnego uciekł nam przesiadkowy Polski Bus do Łodzi. W zamian jednak los podarował mnie i Małgosi możność poznania terminalu autokarowego na Okęciu grubo po północy. Duża sprawa. Tam się działy bowiem demonstracje i sceny z udziałem żywych ludzi. Było parno – wręcz lepko, gdyż powietrze ścięło się w kisiel o smaku przeterminowanych moreli. Po wyważonych, kulturalnych temperaturach, jakich zaznawaliśmy w Bretanii i Normandii, buzujące w mroku stołeczne +28 zatykało i piekło. Cierpieliśmy zatem w milczeniu. Cierpiąc, obserwowaliśmy. Paru kimających meneli, kilka par, wcięty gość w marynarce orbitujący z gorliwą suplikacją na ustach – „papierosa, zapłacę, nie na krzywy ryj przecież, poratujcie człowieka, papierosa”, „kurwa, sportowcy sami, nikt nie pali, papierosa” – grupa nagich do pasa, głośnych mężczyzn wymachujących co i rusz ramionami w rytm jakiegoś przedziwnego rytuału korespondującego niewątpliwie z atawistycznym lękiem przed daleką podróżą (w oczekiwaniu na widmowy kurs do Rzeszowa bełtali w plastikowych kubeczkach gołdę z kolą), no i ci obok nas. Obaj zakuci w dżinsy, spoceni. Obaj – lekko po 40, przyniszczeni. Uciekali się do niekonwencjonalnych metod chłodzenia organizmu: tęższy rolował sobie koszulę na brzuchu i masował po bladym, bezwłosym sadle, ten szczuplejszy zaś zdał obuwie typu mokasyn i pozostawał w skarpetkach w pomarańczowo-żółte pręgi. Rozmawiali – o Szwecji, zarobkach, tęsknocie, nieuczciwych chujach. Wzdychali, powtarzali, „najważniejsze, to ciągle do przodu, dojedziemy jakoś”. Ironicznym komentarzem i tłem do ich wyznań był żarzący się naprzeciw ogromny neon Courtyard Marriott, który symbolizował to, czego mieli jeszcze z pewnością długo nie zaznać – klimatyzację, egzotyczne drinki, kobiety z innych sfer i stref czasowych.

– Gdybym tak wziął 6 w totka, to wiesz co bym zrobił, wiesz? – spytał szczuplejszy tęższego.
– Nie. No?
– Bym wynajął u nich całe piętro. Nie pokój, piętro. Pozapalał wszędzie światła i wyszedł. I jak na pusto stoją patrzyłbym.

Później autobus z Suwałk do Zielonej Góry – via Lodz – w którym ponad zwiotczałymi członkami podróżnych unosiły się aury i zapachy, o jakich nie śniło się fizjologom narodowej reprezentacji w podnoszeniu ciężarów. 2,4h mozolnej jazdy przez zaciemniony interior. Kierowca i jego zmiennik. Ołtarzyk kierowcy – rojowisko skutecznych totemów: dyndające pluszaki, biało-czerwony szalik z napisem POLSKA, za przednią szybą tabliczka z imieniem, „Wiesio”. Kwestia jego zmiennika.

– Pomidora jak kroisz? W poprzek czy jak inni? Krój w poprzek. Zobaczysz, lepsiejszy zdecydowanie w smaku jest.

Raniutko – Zgierz, dom. Pod klatką natykam się na sąsiada z pieskiem, który nieżyczliwym okiem łypie na moją beżową walizę ustrojoną w lotniskowy kotylion. Dzień dobry.

– Dobry. Nie będzie dzisiaj wody od 8 do 20 – odpowiada natychmiast i z satysfakcją. Po czym skwapliwie dodaje. – Może przez weekend też nie będzie. Może aż do poniedziałku!
– Niedobrze. Takie upały.
– Mhm. Ale okien pan nie otwiera. Mamy na bloku szerszenie. Szerszenie latają, wlatują do mieszkań. Po 14 mają przyjść je załatwić. Do 14 – okien nie otwierać. Nie otwierać! Miłego dnia.

Po 14 domofon.

– Witam, prośba taka. Nie udało nam się znaleźć tego gniazda szerszeni, więc prosimy lokatorów, żeby obserwowali, czy może one gdzieś u nich się zasiedliły. W rogach balkonu, pod metalowymi elementami, w dziurach ocieplenia. Pan poobserwuje, co?
– Poobserwuję.
– Znakomicie. Jeśli to u pana będą owady, to proszę o telefonik do administracji. Oni nas powiadomią.
– Co wówczas? – zapytałem ozdobnie i z przekorą.
– Eksterminacja. To oczywiste. Dobrego dnia życzę.

Ojczyzna.

Teksty Pierwsze

Posted: 10th August 2013 by Łukasz in demo emo

Ponadto można mnie jeszcze poczytać w „dwutygodniku” (jeśli Cthulhu i redakcja dozwolą, to pojawią się tam moje kolejne teksty narcystyczno-krytyczne)  i „Chimerze”, w której od numeru lipiec-sierpień (włącznie) będę pod banerem „Made in Loland” komentował na bieżąco deliryczną rzeczywistość III RP i opisywał siebie.

19764911[1]

 

Endżoj.

cioran i nietzsche

Posted: 19th July 2013 by Łukasz in transmisje
Wracam tramwajem nr 46 z najładniejszą dziewczyną tego roku. Pierwsze słowo, jakie przychodzi na jej widok do głowy to: „hojność”. Bo ma wszystkiego aż nadto, do przesady. Jest jak zrobiona fotoszopem – to szczyt młodości, uroda nietknięta małżeństwem ni fitnessem. Wysoka i zgrabna, hollywoodzkie zęby, naturalnie ciemna karnacja, dużo dobrego ciała, włosy tak obfite i mocne, że sprawiają wrażenie syntetycznych, cycki z kamienia, hipnotyzujące oczy. Lekki makijaż, trochę srebrnej biżuterii. No i on. Ten jej towarzysz podróży, najpewniej i chłopak. Elegancik, ciasteczko, markowe ciuchy, infant rodu wziętych stomatologów i skutecznych adwokatów. Pycha i pogarda na stałe wmontowane w twarz. Obrażony.

– Ciągle jesteś na mnie zły? – pyta ona. On odpowiada okrutnie i krótko:

– Owszem.

Ona pokłada się na nim, łasi do niego, śmieje nazbyt głośno, całuje za uchem, łapie za jego dłoń. Zachowuje się jak udomowione zwierzątko – duży, naelektryzowany kociak – które stara się przeprosić swojego właściciela i hodowcę za popełnione wykroczenie lub gafę. On jednak pozostaje niewzruszony. „Owszem”, odpowiada, odpowiada – „być może”. Każdy mężczyzna w tym wagonie nienawidzi go, pragnie jego zgonu, powolnej śmierci na mrozie, samotnej agonii w dolnych partiach dżungli. Oraz mu zazdrości.

Wysiadają. On przodem – łapy w kieszeniach, dziubek, niepocieszona i skrzywiona mina osoby nękanej zaparciami – ona z tyłu i krok w krok za nim, narzucająca się, przepraszająca. Obserwujemy ich z wagonu. Sytuację, której byliśmy świadkami, podsumowuje w końcu dwóch przedstawicieli kultury dresowej, obcisłe tiszerty, wargi odęte absmakiem i odrazą, Cioran i Nietzsche komentujący własną epokę.

Pierwszy:

– Marnotrawstwo.

Drugi:

– Zajebać.

krócej

Posted: 7th July 2013 by Łukasz in transmisje
Tę niespodziewanie dobrą niedzielę postanowiłem uczcić nowym Bernhardem i pudełkiem lodów banana split. Gdy stałem już w kolejce do kasy w pobliskim Polo nawiązał ze mną rozmowę, a przynajmniej wytrwale nawiązać próbował, pewien starszy, elegancki jegomość. Jasna wiatrówka, koszula, spodnie w kant, twarzowa proteza. „Ładne banany są dzisiaj, widział pan? Wziąłem parę”, zagaił. „Od środy podobno znowu upały”. „Na zakupach pan sam na ogół, czy też z żoną?”. Przyznam szczerze, że nie miałem większej ochoty na konwersacje, więc parowałem jego zapytania i kwestie życzliwymi monosylabami, które on jednak brał nazbyt poważnie i traktował je niczym doping z mojej strony i aprobatę. „Ciekawe jak to będzie teraz od poniedziałku z tymi naszymi odpadami, prawda?”. Przyjrzałem mu się uważniej. W przeciwieństwie do ludzi młodych czy profesjonalistów, niczego już nie udawał, nie stawiał tutaj żadnej gry. Dzięki czemu mogłem czytać w nim jak w klarownym, prostym tekście nastawionym na określone wrażenie i kontakt – jak w politycznej agitce lub ulotce z promocji. Siedemdziesięcioletni, pewnie nawigujący swoją łódeczką po szerokich, chłodnych wodach wdowieństwa, zamożny na tyle, że spokojnie sypia i je, a później oddaje się nieuchronnym procesom trawiennym i reminiscencyjnym. Zostało mu jeszcze pewnie koło 10, 15 lat życia, w ciągu trwania których nie powinno wydarzyć się nic szczególnego poza epidemią nieobecności pośród rówieśników i konsekwentnym, łagodnym regresem własnego intelektu i sił witalnych. Na końcu cichy zgon między kąpielą a kolacją i bezceremonialne najście w tydzień po strażaków, dozorcy i kogoś z sąsiadów, którzy sforsują drzwi, a następnie wdepną w majestat samotnej, emeryckiej śmierci, w to kruche i chrzęszczące pod obuwiem królestwo insektów i rozpadu, bo zaniepokoił ich fetor, demonstracyjna absencja jednego z najstarszych lokatorów. Pewnie dlatego tak garnął się do mnie, ochoczo dzielił obserwacjami i uwagami. Żadne hobby, ani żadne udomowione zwierzę o ludzkim imieniu, żadna forma jakiegoś łagodnego, czasochłonnego obłędu – takiego jak religia czy społecznikostwo – nie zastąpią jednak człowiekowi drugiego człowieka. Po prostu trzeba od czasu do czasu usłyszeć od kogoś odpowiedzi na swoje pytania, odpowiedzieć na pytania tego drugiego, ich. Nie zdziwiłem się zatem nadto, gdy spostrzegłem, że czeka na mnie przy wyjściu z marketu. Czekał, by podejść. Podszedł, żeby powiedzieć. Poczułem jego wodę kolońską, której słodkawy zapach dominował wyraźnie nad wonią naftaliny i starości. Ujrzałem ogniki w jego wyblakłych, niebieskich oczach. To wszystko – i oparcie lekkiej, suchej dłoni na moim przedramieniu – świadczyło, iż pragnie podzielić się ze mną czymś istotnym, najistotniejszym. Pewnym chwytem w walce, cyframi, które rozbiją przyszłotygodniowego totka, patentem na miłość, prawdą.

– A czy pan wie, że dzień jest krótszy już o całe 5 minut? Do widzenia, panu.

Po czym uśmiechnął się i odszedł.

odpadki

Posted: 6th July 2013 by Łukasz in transmisje
Poprosił mnie sąsiad z klatki obok, gdyśmy się wczoraj na trawniku przed naszym blokiem spotkali, ja z Carmen, on – z długouchym Fidelem, że, panie Łukaszku, w związku z wprowadzeniem tej znowelizowanej ustawy o utrzymaniu czystości i porządku moglibyśmy, proponuję, udać się teraz – i z pieskami – w okolice tego przypisanego nam śmietnika, za który to wnosimy regularne, słone opłaty, gdyż się tam od 1 lipca wyprawiają rzeczy straszne, horrory, karygodne naruszenia smaku i granic, ogólny nazizm, mówiąc wprost i krótko: nietutejsze osobniki zajeżdżają cichcem autami i zrucają u nas odpadki swe, w tym elementy sfatygowanych kompletów wypoczynkowych, dywany oraz chemię. Dzień się chylił, poszliśmy. Obywatelska służba patrolowa była czyniona niedługo. Co do metody, to sąsiad bardziej koncentrycznie inspekcjonował, skrajem i ciaśniej i ciaśniej, by w stosownym momencie znaleźć się w jądrze akcji i uderzyć, ja z kolei – halsowałem. Ledwie po paru minutach wyłonił się agresor. Renault, bodaj, Kangoo, ale się nie znam, spory nawet pojazd i jakby z garbem, na łódzkich blachach. Wysiadł z niego taki mikrokolo w podkoszulku na ramiączkach, czerniawy, otworzył se klapę z tyłu i jeb, jeb, jeb na pełnej konspirze wory ze swoimi nieczystościami w naszej macierzy pozostawia. Zaszedłem i spytałem:

– Pan co tutaj robi?

Że jednak trochę jak piach w studnię wpadło to moje pytanie, a ów czynności nie zaniechał, czym prędzej dołożyłem i „kurwę”. By dostojniej zabrzmiało i stało się wiadome, że na poważce żenione są moje groźby, rozlew krwi, zgon i defragmentacja oblicza pewne. Więc – pan co tutaj robi, kurwa. Spojrzał, nie zląkł się i odpowiedział, że chyba widać. Podjąłem wyzwanie. Padły między nami dalsze słowa. Sprawą kluczową i katalizatorem całego nieszczęścia – co rychło miało się okazać – była pozycja ich samochodu. „Ich” – właśnie o to się wszystko rozbiło. Gdyż nie dojrzałem, że nie on sam tutaj, nie on i kierowca, ale kierowca, on i jeszcze dwóch kompanów. Którzy wysiedli, gdy zaproponowałem, żeby sobie zrolował swoje rupiecie i wsadził. Zdrowe, rosłe polskie chłopaki po robocie. Czyli obryzgane farbą kombinezony, ogorzałe twarze, lekka zen wyjebka na rzeczywistość, uśmieszek, lecz łapy jak bochny, łapy jak klucze piećdziesiątkisiódemki do odkręcania głów. Pet od nich zionął – i pot oraz browar. Kierowca wystawił łeb przez okno i zasugerował:

– Przecież nie zjemy wam tych waszych kubłów, nie?

No właśnie, nie zjemy, kurwa. Powtórzyli za nim ci, których miałem na wprost. Kogoś mi tutaj brakowało. Tak, sąsiad, sąsiad. Gdzie on? Kątem oka zobaczyłem, że trafem dziwnym a bolesnym wciąż znajduje się poza sytuacją, na marginesie jej głównego nurtu, schyla się co i rusz, po czworonogu sprząta, rzuca płochliwe spojrzenia, rozgląda się, nie podchodzi. Przez co sprawa się zrobiła a la 9 września 1939 roku, że Niemcy już za Kutnem, a pomocy wciąż znikąd i ni chuja, sam tej ziemi bronię, przed tankami Made in Adolf karabinem przeciwpancernym Urugwaj się dramatycznie opędzam.

– To jak, będzie? Na spokojnie czy afera?

Kurwa. Postanowiłem jednak rozważyć ich propozycję. Bo poczułem, że coś mięknę w kolanach, łydka drży, entuzjazm i odwaga się we mnie, gruda po grudzie, osuwają i szarża chyba dobiega końca. Dziwna rzecz się w międzyczasie wydarzyła, zamieniono mnie na kogoś innego. Precyzyjniej: było mnie dwóch w jednym ciele. Bo tutaj chcę jednak dać może i tubalny odpór, a słyszę, że popiskiwać zaczynam, pragnę robić groźną minę, wychodzą płaczliwe grymasy jakby mi enemę inicjowano, myślę – „zniszczę was, osiedle obronię, kill, kill, kill!” – mówię: „nie no, rozumiem, spoko”, ale to nie ja mówię, za mnie się mówi, zainstalowano w mnie jakiś podły, zjebany translator, co inaczej przekłada postulaty z mózgu, szydzi, ośmiesza nadawcę komunikatów, robi go w karola.

Wyrzucili, co wyrzucić chcieli. Odjechali.

Sąsiad się zjawił i mówi:

– Zapisałem ich rejestrację. Już po nich.

Nie odpowiedziałem, sąsiad powtórzył:

– Już po nich, kurwa.

pani Jadwiga

Posted: 29th June 2013 by Łukasz in transmisje
Zaś jeśli chodzi o trenerów ducha i trendsetterów Pana, to, nie powiem, nie powiem, na początku układało nam się nie najgorzej, byłem ufny, oni byli mili. Oczywiście moja ufność wynikała z wieku i wątłości intelektu – oraz braku doświadczenia – natomiast ta ich uprzejmość, troska o mnie i mnie podobnych, ich dobroć, ich hipnotyzująca modulacja w głosie, to już marketing i pijar wyższego rzędu, dzi…ęki którym w najlepsze żerowali na naszych małoletnich jaźniach, infekowali nas od wewnątrz, zjednywali dla własnej sprawy i interesów. Chodziłem na religię i podobało mi się. Nie miałem pojęcia, że jestem dojną krówką pełną czystej, pożywnej krwi, która naiwnie wstępuje na imprezę łakomych watykańskich wampirów, krasną dziewicą zwabioną na geburstag do Romka Polańskiego. Prócz tego, pamiętajmy, że gdy uczęszczałem do tej salki katechetycznej na pierwszym piętrze drewnianej plebanii przy ulicy Rzgowskiej – i siedziałem tam zasłuchany wraz z innymi metrowymi, półtorametrowymi istotami relaks w relaks – to wokół trwała komuna, warczały SKOT-y i rządził junta, więc lgnięcie obywateli do Kościoła nie było czymś dziwacznym i rzadkim. Zwłaszcza w obliczu tego, że ów dystrybuował za friko solone masło z Danii i pomarańczowe bryły holenderskiego sera. Przystąpiłem do komunii, byłem u bierzmowania.

Potem jednak – z górki i wprost na puchate łono Szatana. Jeszcze w liceum przez klasę lub dwie uczęszczałem, lecz to była farsa, siłą rozpędu i przyzwyczajenia nakręcana. Nie dawało się bowiem ukryć, że rozziew pomiędzy tym, co głosił kapłan, a rzeczywistością zogromniał kolosalnie przez te ostatnie lata i słuchaliśmy go już niczym z lekka irytującego, podstarzałego wujaszka, który ciągle narzeka i tym narzekaniem pragnie skazić nam te wszystkie nowe przyjemności, kształty i przeżycia, jakie pojawiły się w zasięgu naszych rąk i możliwości. Ponadto niby tyle mówił o „bożku pieniądza”, który opętał młodą, kapitalistyczną Polskę, a gdy mu ktoś dokładnie to samo wyrył na wychuchanej masce jego nowiutkiego golfa III, to dostał apopleksji i wezwał policję. Wówczas także ujrzałem po raz pierwszy w trójwymiarze nagie, kobiece piersi – oraz całą nagą kobietę – dzięki czemu zrozumiałem w jaki sposób przejawia się śmiertelnym ewentualny absolut i komu należne są hymny. Odstąpiłem zatem, miałem od nich spokój.

Aż tu jest rok 2009 czy coś koło tego i nawiedzam wraz z pewnym stołecznym literatem sioła i miasta Podkarpacia w celach szołbiznesowych oraz pedagogicznych. Niewielka wieś za Tarnowem, która słynie głównie z tego, że w okolicy swój dom posiada pieśniarz country Maciej Maleńczuk. No ale my nie na biby z muzykami, lecz do szkoły i z kagankiem. Zajeżdżamy więc.

Już ten rosły krzyż obok godła powinien dać mi do myślenia. Albo te biało-żółte barwy klubowe winkrustowane w tamtejszą zieleń i beton. Jeśli nie krzyż i kolory, to z pewnością tablica korkowa na korytarzu, gdzie stało: Dziewczęca Służba Maryjna i że Zosia, Kasia, Agatka, Magdalena i tak dalej mają dyżur swój w organizacji wtedy i wtedy. Lecz nic nie dało, zignorowałem, nie przejąłem się.

Spotkanie okazało się być takie sobie, gdyż dzieci z tych przeszkadzających i głośnych. No ale po już milej i zaproszeni jesteśmy na górę – na kawę i ciastka. Jemy, zapijamy, toczą się w tym pokoju nauczycielskim jakieś sztuczne dialogi o pogodzie i sytuacji w kraju pomiędzy nami a nauczycielkami i wicedyrektorką. Raptem zjawia się ponura jejmość i zaczyna siać terror. Niepiękna, koło 50, o kośćcu solidnym i dyskusyjnej fryzurze.

– Nasza pani Jadwiga, katechetka – zaanonsowała ją wicedyrektorka.

– No tak – skwitowała pani Jadwiga. Była to zarazem forma jej przywitania się z gośćmi i autoprezentacja w jednym.

– Czy dzieciaczki zadowolone? – dopytywała pani Jadwiga ponad nami i mimo.

– Tak, tak, oczywiście, pani Jadwigo, zadowolone, śmiały się, tak się śmiały, tak, miały istną uciechę – grono pedagogiczne jęło z przejęciem i chórem zapewniać panią Jadwigę, iż dzieciaczkom nie stała się żadna krzywda, żadna.

Jej laserowy wzrok tymczasem spoczął na literacie, który pałaszował kremówkę.

– Jak pan ma na nazwisko?
– Tak a tak.
– To chyba coś od niedawna pan tworzy, bo ja o panu jeszcze nie słyszałam.

Literat – 60 na karku, w dorobku kilkanaście książek i kilka poważnych nagród za rymy – spurpurowiał i zamilkł. W ogóle – odkąd ona się tutaj pojawiła rozmowy ucichły, uśmiechy zgasły i wkradło się ciężkie, nerwowe napięcie.

Puk-puk. W szparze między drzwiami a framugą zajaśniało okrągłe, lśniące lico kucharki.

– Pani Jadwigo, jest już.

Pani Jadwiga opuściła lokal, lecz wróciła po pół minucie z – nie bójmy się tego słowa – talerzem. Dzierżyła w swoich dłoniach talerz gorącej zupy jarzynowej, z którym następnie usiadła przy stole, przy którym i my siedzieliśmy i posilaliśmy się dyskretnie smakołykami, i oddała się gromkiej, radosnej konsumpcji. Wprawdzie ulało jej się nieco jarzynowej podczas transportu, ale polonistka i matematyczka odważnie chwyciły za mopy i starały się wespół zaradzić tej drobnej awarii.

– Pani Jolu, jeszcze tam – wskazała palcem z krzesła pani Jadwiga pani Joli jakąś plamę na podłodze, która uszła Pani Joli uwadze.

Poczęstunek trwał dalej. Słońce grzało, ptaszęta dokazywały za oknem. Było przyjemnie. Ponad szmerek konwersacji o kwestiach łatwych i drugorzędnych rytmicznie wznosiły się ogłuszające siorbnięcia pani Jadwigi, katechetki. Po południu jednak spadł deszcz.

lato

Posted: 27th June 2013 by Łukasz in transmisje

Lato. Latem spacerujemy z M. po obrzeżach, dziurach i tyłach Łodzi i obfotografowujemy entropię i kamp. Upadłe fabryczki, wille w różu, szemrane zagajniki, akweny, w których nie ma już życia, nawiedzone szroty, zgęstki reklam w szczerym polu, mała gastronomia na przelotówkach w rok po plajcie, katolickie świątynie utrzymane w estetyce Alberta Speera, głównie takie obiekty, Las Vegas, w którym dekady temu wyłączono prąd. Tym razem – miejscówka z tych mocniejszych: sierociniec Rumkowskiego. To przed wojną, w jej trakcie – ośrodek Lebensbornu, wylęgarnia prawilnych, płowowłosych Aryjczyków. Lecz dzisiaj to wyłącznie ruiny pośród chwastów do pasa. Trudno. Że jednak osiągnięcie tego punktu kosztowało nas sporo wysiłku i drogi w piachu, postanowiliśmy odpocząć nad jednym z pobliskich stawów. Ulica Krajowa, koniec Liściastej, bardziej wieś niż miasto. Zaszliśmy, rozbiliśmy piknik. Miło – ważki, kaczki, rekreacja, parę osób. Słońce chlusta napalmem. W oddali muczy autentyczna krowa. Lato.

Latem łatwiej napotkać ludzi nietypowych. Więc zajeżdża czerwona renówka, z której wysiada jeden typ, a trzech – nie wysiada. Ten, co wysiadł, słyszy od kierowcy:

– Sprawdź, czy nie ma tu komarów.

Po sekundzie następuje profesjonalne, entomologiczne doprecyzowanie:

– Tych kurwów.   

Okazuje się, że nie ma. W rezultacie po renówce zjawia się audi, srebrne, a wraz z nim mężczyzna, kobiece trio i dziecko. Oraz piesek, hybryda amstaffa z Nikołajem Wałujewem, łeb jak wiadro, wzrok katatonika. Ładne imię: Dolar.

– Na Dolara to uważajcie. Lubi ujebać obcego.

Szczęściem Dolar zwęszył tłustsze łydki i aorty gdzieś w okolicy i po chwili przepadł w bujnych trawach. Najwyraźniej jednak towarzystwo, jakie tutaj zastali, wyglądało im na skwaszone, bo od razu zapuścili huczną nutę. Klasyczna kwadrofonia – roztwarte wszystkie 4 drzwi w audi i rosnący półful. Repertuar? Trochę golden hits, trochę uroczystość zaślubin Grzegorza i Dagmary. Kosmopolityczne disco, rap z mejstrimu, radykalna muzyka środka. Idealny podkład do udanego łykendowania i aperitifu. Sześciopak „Tyskiego” pękł w 5 minut, dwa kolejne – w kwadrans. 

– Specjalnie takie słabe robią. Byś ich kupował więcej.

Albowiem rytm polskiego, kapitalistycznego tygodnia – 5 + 1 + 1 (pięć dni roboty, dzień najebki i sportu w hd, dzień rodziny) – powoduje, iż wszelki kontakt z kulturą relaksu dziać się musi w przyspieszonym tempie. x 2, x 4. Po piwie nadchodzi zatem czas posiłku. Poprzedzony grupową kąpielą. Woda o przejrzystości ołowiu, pławiący się karton Tymbarku, boja-butelka i zakrzepła miejscami rzęsa nie zniechęcą tych, którzy łakną wrażeń i ochłody, nie zniechęcą, nie.  

– A ty co? Wąski Damian jesteś? Nie kąpiesz się z nami?

Prawdziwe ciała inkrustowane syntetycznymi ozdobami, srebrem, złotem, tatuażami, metalem i źle dobranym mahoniem z solarki. To ostatnie – to one. Kruczoczarna, blond, blond. Żadna patologia, obywatele: stałe zatrudnienie, czterdziestotrzycalak w salonie, urlop we Władku, siłka (niezobowiązująco), kilka zdrowych uprzedzeń, poszanowanie matki oraz godła. Wszystko jak się należy i po naszemu. Może to dzięki temu stworzyli zgraną paczkę? Acz hierarchia wewnątrz niej i filiacje już nie były tak oczywiste. Małżeństwo z dzieckiem. A reszta? Rubaszni bracia z partnerkami, zżyte kuzynostwo, znajomi z tej samej branży? Bo ich stosunki charakteryzowała mieszanina poufałości i respektu, ostentacyjnego upokarzania, darcia łacha i zarazem ochrony przed niebezpieczeństwami. Rozebranej do kostiumu Ance można powiedzieć na głos, że jeszcze wygląda zdrowo. Lecz obcym, którzy pragną ów fenomen monitorować, daje się jasno do zrozumienia, że takiej usługi nie ma w oferowanym im pakiecie:

– Widzisz tu coś dla siebie?

Pomimo licznych gadżetów elektronicznych i jawnej swobody językowo-obyczajowej, obowiązywał u nich patriarchalny podział ról i kwestii. Oni – gardłowanie i lenistwo, one – wychowywanie potomstwa, strawa, piecza nad rotacją kosmosu. Zatem gdy miłe panie kładły na rozprażonej kratce grilla kolejne porcje mięsa, dzieliły chleb i Hellenę, rozkładały na trawie puchate ręczniki, koce i jednorazową zastawę z tektury, faceci łykali alkohol i oddawali się pozorowanym walkom: jowialne nelsony, zaniechane w pół obrotówki. Między promilem a dwoma pojawiły się także i żarty ze strefy VIP.

–  Monika, gdzie twoja szklankę? Nigdzie nie ma.

–  Pewnie usiadła i wsysła.

 Jak i komentarze przez kom na temat sytuacji bieżącej.

– Tunezja jest tutaj, kurwa. Było jechać z nami. Tak siedzisz, łosiu, z teściami i oglądasz te zgony.

I wydarzeń globalnych:

– Chalidow dobry skurwiel. Lewego pewnie Bayern weźmie. Wiecie, że ta seniorita Mariusza jest w ciąży? Nie z Mariuszem! Może niech zdąży i chociaż uszy swoje dzieciakowi dorobi.

Odeszliśmy po godzinie, półtorej tego widowiska. Lecz była pewna sprawa, która nie dawała mi – i nie daje nadal – spokoju. Bo obok tego grilla, na którym skwierczała karkówka i kiełbasa, na którym w jadalny heban obracała się kaszanka, był i drugi grill. Też ich. Ale z kolei na tym niczego nie przyrządzano. Nic, kompletnie. Sama misa z płonącym węglem, zraszana regularnie sikiem płynnej podpałki. Płomień szedł z niej centralnie na metr. Trwało to, odkąd zaczęli tu biesiadować. Znicz, latarnia, symbol? Ale jak, po co, w skwarne południe? Rzuciłem pożegnalne spojrzenie: leżeli pokotem wokół ognia, półnadzy, gaworzący, spojeni, dopełniający rytu. Zaratusztrianie ziemi łódzkiej, piromani na odwyku, którzy zbierają się latem.      

Lato.