Serwis Ultramaryna używa plików cookies. Odwiedzając nasze strony akceptujesz otrzymywanie cookies (ciasteczek). Warunki dostępu do plików cookies możesz określić w swojej przeglądarce.

ZAMKNIJ

Ultramaryna | ŚLĄSKA FILMÓWKA: Katowicka Nowa Fala
czwartek 16.08.18

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
ŚLĄSKA FILMÓWKA: Katowicka Nowa Fala

Laurki mają to do siebie, że ociekają słodyczą i trudno w nie uwierzyć. Na szczęście z okazji 40. rocznicy istnienia Wydziału Radia i Telewizji UŚ nie trzeba pisać żadnych lukrowanych tekstów – przez ostatnie kilka lat absolwenci sami wystawili świadectwo Wydziałowi. Od góry do dołu same szóstki, a następne asy w rękawie tylko czekają na kolejne festiwale, kinowe premiery i zachwyty krytyków. Do tego wisienka na urodzinowym torcie, czyli nowy budynek, już obsypywany wszystkimi możliwymi nagrodami architektonicznymi. Takie urodziny to ja rozumiem.

Trudno zdecydować, kto był pierwszy. Sukcesy zaczęły się pewnie od samych wykładowców, którzy kilka lat temu rozbili bank z festiwalowymi nagrodami: od Macieja Pieprzycy, Michała Rosy, Marcina Wrony. A potem przyszli oni. Absolwenci. Dzieli ich pewnie wszystko, ale łączy nie tylko Wydział. Mają świeżość, odwagę, nie boją się konfrontacji z kinem gatunkowym i zawsze, zawsze, zawsze mówią własnym językiem.

Mają pomysł na swoje kino i na samych siebie, ale jednocześnie nie lekceważą widza, nie robią „sztuki dla sztuki”. I stąd pewnie ich sukcesy, bo choć kino potrzebuje autorów, to potrzebuje też widzów, a ci z kolei chcą historii, fabuły i grzebania w bebechach. Czyli w emocjach. Łatwo powiedzieć, trudno osiągnąć. Bo takie kino to chodzenie po linie, z której można spaść albo w artystowski bełkot, albo w komercyjny banał. A oni chodzą po tej linie, jak chcą.

PALMA PIERWSZEŃSTWA
Może więc pierwszym był Jan P. Matuszyński, który nim wyreżyserował wybitną „Ostatnią rodzinę”, wydawał się być urodzonym dokumentalistą (choć trzeba przyznać, że zawsze konsekwentnie podkreślał, że dokument to preludium do fabuły). Kiedy w 2013 roku do kin (i na ekrany telewizorów) wkroczył dokument „Deep love”, wszystkim odebrało mowę.

Film o nurku, który chce pobić rekord głębokości, przeobraził się (i nie dam się przekonać autorowi, że przez przypadek, choć rzeczywiście podczas zdjęć sytuacja bohatera nagle całkowicie się zmieniła) w niesamowicie mądrą historię o walce z własną ułomnością, w opowieść o miłości, o jej granicach, o miejscu pasji w życiu, o naszym stosunku do bliźnich, o walce o samego siebie. I jeśli wydaje Wam się, że to banał, zobaczcie ten trzymający w napięciu do ostatniej sekundy film, na seansach którego dorośli faceci płaczą ze wzruszenia.

Dla widzów „Deep love” „Ostatnia rodzina” nie była więc zaskoczeniem, bo w Matuszyńskim – prywatnie niezwykle skromnym człowieku – jest rzadka umiejętność patrzenia w głąb drugiej osoby. I konsekwencja, i pracowitość, i upór.

PRACOWICI I UPARCI
Dokładnie takimi samymi cechami charakteryzuje się Piotr Domalewski. Kiedy pytam znajomych, „jaki właściwie ten Domal jest”, wszyscy wymieniają właśnie konsekwencję, pracowitość i upór.

Domalewski skończył szkołę teatralną i ze swoimi warunkami miał szansę być naprawdę popularnym aktorem. Nie chciał, choć długo uprawiał swój pierwszy zawód (i zbierał nagrody aktorskie). Zdał egzaminy do Gdyńskiej Szkoły Filmowej, ale wybrał katowicki Wydział i nic już nie mogło go zatrzymać. Podobno najważniejsze stały się wtedy dla niego filmy. Tak mówią wykładowcy.

Zaczęło się więc od ciekawych etiud. Domalewski zresztą w krótkiej formie czuje się doskonale – w skondensowanej historii, nieprzegadanej treści. Kto nie wierzy, niech zobaczy absolutnie genialny szkolny film „Złe uczynki”, rzecz fabularnie prostą (mały chłopiec zostaje złapany przez staruszka na kradzieży i „za karę” musi spełnić jego życzenia), ale w sferze uczuć poruszającą.

Jest chyba pierwszym reżyserem w historii programu „30 minut” (finansowanie filmów krótkometrażowych, jakie tradycyjnie każdy szanujący się reżyser w naszym kraju robi przed filmem fabularnym), który swoją „trzydziestkę” robił równolegle z debiutem fabularnym. Debiutem, który – powiedzmy sobie wprost – jest jednym z najbardziej spektakularnych przykładów klucza do kariery w ostatnich latach. I tak, zdarzają się takie festiwale, gdzie reżyser pokazuje jednocześnie „Cichą noc” i „60 kilo niczego” (ową wspomnianą wcześniej trzydziestkę).

Piotra Domalewskiego i Jana P. Matuszyńskiego łączy też niezwykły sukces, który zamiast przewrócić im w głowach, skłonił do jeszcze intensywniejszej pracy (obaj tworzą już drugi film, Matuszyński po drodze zrobił bardzo dobrze przyjętą „Watahę” i kilka innych projektów).

Podsumujmy: dwa razy z rzędu, w roku 2016 i 2017 absolwenci Wydziału wygrywają festiwal w Gdyni, wciąż najważniejsze miejsce na polskiej mapie filmowej, i zbierają niemal wszystkie Polskie Nagrody Filmowe, czyli Orły. Nie ma co wymieniać dziesiątek pomniejszych nagród…

Nieco inną drogą, choć pewnie wymagającą naprawdę dużo samozaparcia, poszedł Paweł Maślona, świetnie piszący reżyser (współautor m.in. scenariusza „Demona” Marcina Wrony), który razem z Bartłomiejem Kotschedoffem i Aleksandrą Pisulą pracował nad wyreżyserowanym przez siebie „Atakiem paniki”.

Dyplomem Maślony była „Magma”, niezwykle ciekawa etiuda o mężczyźnie, który zmęczony codziennością wypada z roli „zwykłego” człowieka i wpada… no właśnie, chyba wpada w panikę. Etiuda Maślony zwiastowała ciekawy debiut – było w niej sporo absurdu i poczucia humoru, ale też delikatny dreszczyk grozy, bo kto z nas nie miał ochoty na rozsadzenie swojego świata, ale też kto z nas miał odwagę to zrobić.

„Atak paniki” wyrasta z tego ledwie zauważalnego w „Magmie” dreszczu. I jedziemy po bandzie – gatunków, nawiązań, zabawy. Maślona zachwycił krytyków balansowaniem pomiędzy tragedią a komedią, ale też – podkreślmy – film podobał się widzom. Reżyser nakręcił przecież inteligentną i błyskotliwą komedię. Film o zdecydowanie artystycznych aspiracjach, ale jednocześnie w pogardzanym (niestety!) gatunku.

Oczywiście „Atak paniki” wymyka się schematom i nie pasuje do wyznaczników i szuflad, ma wyrazisty autorski rys (Barbara Hollender swoją książkę o polskim kinie zatytułowała przecież „Od Munka do Maślony”). Ale pozostaje też filmem rozrywkowym i to w najlepszym rozumieniu tego słowa.

ARTYŚCI
Dokładnie po drugiej stronie myślenia o kinie znajdziemy Kubę Czekaja, który jest chyba najczęściej przywoływanym reżyserem z metką „bezkompromisowego artysty”. I słusznie, bo Czekaj od samego początku – czyli mniej więcej od krótkiego „Ciemnego pokoju nie trzeba się bać” – pracuje nad swoim krojem reżyserskiego pisma. Radykalny, odważny, bada możliwości percepcyjne widzów i swoje własne umiejętności. Jest w tym niezwykle konsekwentny, co powoduje, że jego bardzo spójna i wyrazista twórczość zyskuje zwolenników na dosłownie całym świecie.

Po piętach depczą już festiwalowo-frekwencyjnym triumfatorom następni absolwenci. Jest ich kilkoro, choć najciekawiej rysuje się przyszłość dwojga – Aleksandry Terpińskiej i Damiana Kocura, którzy na koncie mają na razie shorty. Ale za to jakie.

Damian Kocur w ubiegłym roku wygrał konkurs gdyńskich krótkich metraży i zdobył Srebrnego Lajkonika w Krakowie. Kino Kocura różni się od klasycznie opowiadanych filmów Domalewskiego czy Matuszyńskiego. To kino osobne, autorskie, z własną metodą twórczą, ale tak zadziwiające, że właściwie nie ma wątpliwości, że reżyser wdrapie się po szczeblach filmowej kariery. Na sam szczyt.

Kocur nie wybiera łatwych bohaterów. Są ułomni, nieprzystosowani, jacyś „nie tacy”, grają ich naturszczycy, którzy nie wygłaszają pięknie napisanych dialogów. W „Nic nowego pod słońcem” był oczywiście scenariusz, ale do samego filmu weszły próby, momenty, w których operator (Robert Lis) włączał kamerę bez wiedzy bohaterów. Trudno to nazwać improwizacją, jak też realizacją scenariusza. Postaci są więc trochę sobą, trochę nie, a całość przybiera arcyciekawą formę (trzeba to zobaczyć). Bo jeśli nie zna się kontekstu powstania całości, to dalej oglądamy interesujące kino, którego znaczenie jest proste i skomplikowane zarazem – bez względu na to, co rozumiesz z otaczającej cię rzeczywistości, wszyscy mamy te same uczucia, emocje, lęki i fascynacje. Kocur pokazuje tę prawdę w nieziemsko oryginalny sposób.

Aleksandra Terpińska to silna osobowość. Twardzielka, fajterka, rewolucjonistka. Takie sprawia wrażenie. Od samego początku jej filmy miały w sobie rys jej osobowości, ale dopiero „Najpiękniejsze fajerwerki ever”, pokazane w canneńskiej sekcji Semaine de la Critique, ukazały w pełni potęgę jej filmowej wyobraźni. Jest w tej zakorzenionej w naszej rzeczywistości opowieści political fiction zadziorność i odwaga. Jakiś świat zmierzający ku zagładzie, jakiś konflikt zbrojny, jakieś manifestacje, i w tym wszystkim młodzi ludzie borykający się z całkiem realnymi problemami. Część zdjęć to kręcone „na dziko”, niemal dokumentalne ujęcia z polskich ulic i atmosferę tego realizmu doskonale czuć.

Film w jednym z głównych konkursów w Cannes to nie lada wyróżnienie. To prestiż i możliwości, to w końcu start w filmową dorosłość z całkowicie innego pułapu. Scenariusz „Fajerwerków” wygrał co prawda konkurs na inspirację „Przypadkiem” Kieślowskiego, ale sam obraz to absolutnie oryginalna wypowiedź artystyczna, która zaostrza apetyt na pełny metraż.

Nie ma wątpliwości, że ostatnie lata młodej polskiej kinematografii należą do absolwentów Wydziału Radia i Telewizji. Być może to tylko przypadek, splot szczęśliwych okoliczności, ale może jednak coś więcej. Wymienić można bowiem równie wielu utalentowanych operatorów i producentów, którzy towarzyszą sukcesom młodych reżyserów. Młoda fala narasta i przybiera na sile.



tekst: Joanna Malicka | zdjęcia: Kasia Klimkowska, Studio Munka, arch. prywatne
ultramaryna, czerwiec 2018














KOMENTARZE:

nie ma jeszcze żadnych wypowiedzi....


SKOMENTUJ:
imię/nick:
e-mail (opcjonalnie):
wypowiedz się:
wpisz poniżej jakie miasto jest stolicą Polski:
teksty
JUSTYNA ŚWIĘS: Małe rytuały
Justyna Święs pięć lat temu stawiała swoje pierwsze kroki na scenie muzycznej. Nieśmiała dziewczyna o niesamowitym g... >>>

KUBA WIĘCEK: Jazz spoza szuflady
Zdobywca Fryderyka za jazzowy debiut 2017 roku oraz Mateusza Trójki, student prestiżowego Rhythmic Music Conservator... >>>

ŚLĄSKA FILMÓWKA: Katowicka Nowa Fala
Laurki mają to do siebie, że ociekają słodyczą i trudno w nie uwierzyć. Na szczęście z okazji 40. rocznicy istnien... >>>

SONBIRD: Śpiewamy w języku, w którym śnimy
Dawid, Kamil, Maciek, Tomasz – znają się jakby od zawsze, choć grają ze sobą dopiero trzy lata; koncertują n... >>>

RAFAŁ MILACH: Wątpię w fotografię
Zaczynał na Śląsku, teraz fotografuje od Islandii do Azerbejdżanu, wykłada w Czechach i wystawia od Berlina po Japon... >>>

JADWIGA JANOWSKA: Sztuka snapshotów
Dziś każdy jest fotografem. Wystarczy mieć konto na Instagramie, by tak o sobie myśleć. Nie każdy jednak potrafi... >>>
komentarze: 1
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Off Festival 2018
10.08.2018
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2018
2.07.2018
Off Festival 2017
8.08.2017
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2017
7.07.2017
Gorillaz
20.06.2017
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2018, wszystkie prawa zastrzeżone