Ta strona używa plików cookies.
Polityka Prywatności    Jak wyłączyć cookies?
AKCEPTUJĘ
sobota 18.01.20

START
LOKALE
FORUM
BLOGI
zgłoś imprezę   
  ultramaryna.pl  web 
RELACJA Z FESTIWALU TAURON NOWA MUZYKA 2010

piątek

Wielbiciele nowych dźwięków z całej Polski zjechali się 27 sierpnia na Górny Śląsk, gdzie po raz drugi na terenie byłej KWK Katowice ma miejsce znakomity festiwal poświęcony szeroko pojętej alternatywnej muzyce.

Pierwszy dzień zapowiadał się naprawdę interesująco. Występy nie zaczęły się punktualnie, więc miałem chwilę, by rozejrzeć się po terenie imprezy. Schemeboys byli pierwszymi artystami, których było mi dane usłyszeć. Tak, był to zdecydowanie ostry początek tej edycji festiwalu. Zaatakowali uderzającymi, agresywnymi industrialnymi dźwiękami. Ich masywna, charcząca, czasem miażdżąca połamanym bitem muzyka niewątpliwie mogła przypaść do gustu osobom, które pamiętają kultową grupę Wieloryb. Byłem lekko oszołomiony, a tu musiałem zadbać o siebie i zdobyć coś orzeźwiającego do picia. Trzy stoiska ustawione były w mało fortunnym miejscu i długie kolejki ewidentnie przeszkadzały w przemieszaniu się pomiędzy scenami. W czasie trwania imprezy można zwiedzić też zabytkową halę warsztatową oraz kuźnię. W środku na fanów industrialu czeka m.in. zabytkowa maszyna parowa z huty Baildon, młot parowy i sprężarkowy, zabytkowe tokarki, obrabiarki, frezarki. Jest co oglądać.

Wracam do koncertów. Three Trapped Tigers – na nich czekałem. Grupa wydała bodaj trzy Epki, jednak muzyka na nich zawarta od razu zwróciła moją uwagę. Występ Tygrysów był świetnym mariażem elektroniki i jazzu, które płynnie łączyli z archetypami rockowego grania. Na żywo dodatkowo nadawali swoim kompozycjom niezwykle urokliwą formę. Nagłośnienie nie było może najlepsze, ale ogólnie ich występ będę wspominał bardzo ciepło. Jestem zupełnie spokojny o przyszłość tej grupy. Ich muzyczne pomysły mają sporę szanse, by na dłużej zagościć w pamięci słuchaczy.

Druga wizyta na Club Stage uświadomiła mi, że nawet bardzo dobry występ można zarżnąć przy „odpowiedniej” akustyce. Pech dotknął grupę King Midas Sound. Nie jestem fanem tej formacji, średnio przypadł mi do gustu ich ostatni album „Waiting For You”. Chciałem jednak posłuchać, jak zagrają na żywo. Liczyłem na to, że dobry występ sprawi, iż zmienię o nich zdanie. King Midas mają wielu fanów, którzy licznie stawili się pod sceną. Niestety huczące basy, ryczący wokal i ogólnie duży hałas sprawił spory zawód zgromadzonym. Jednak publika przyjęła taki rozwój wydarzeń ze zrozumieniem i Kevin Martin wraz z zespołem żegnali się w dobrych nastrojach.

Jagga Jazzist w opinii wielu dali najlepszy występ tego dnia. Moim faworytem był zagrany z nerwem „Banafleur Overalt”. Dużo improwizacji, sceniczny luz, dobrze znane utwory w specjalnie zakręconych i zwariowanych wersjach. To wszystko z łatwością uświadamiało, że to dynamiczny, pełen podskórnego ciepła nowoczesny jazz dla każdego.

Pantha Du Prince. Strasznie napaliłem się, by usłyszeć na żywo muzykę niemieckiego producenta. I co? Piękne elektroniczne miniatury melodii, magiczne, delikatne dźwięki płynnie zmieszane z komputerowymi bitami przegrały z fatalnie dudniącym basem. Muzyka, która swoją siłę czerpie z cyfrowej ekspresji została zamęczona, wyprana ze swojego szlachetnego, refleksyjnego brzmienia. Przez to bardzo często niebezpiecznie zbliżała się do typowej, niskich lotów klubowej sieczki. Jednak gdy tylko jeszcze będę miał okazję posłuchać koncertu tego pana, z pewnością dam mu kolejną szansę.

Około 23.30 nastąpiło niesamowite ogólne ożywienie, ludzie niemal biegli pod Live Stage. Podobny zryw ostatni raz widziałem przed koncertem Heya na Off Festivalu. Bonobo Live Band. Ileż radości daje Simon Green polskiej publiczności. Jest u nas już prawdziwą gwiazdą. Był największym bohaterem piątkowych koncertów. Trzeba przyznać, że udała mu się nie lada sztuka. Razem ze swoimi muzykami zaserwował dawkę muzyki mogącej sprostać najwyższym oczekiwaniom publiczności. Niesiony entuzjastycznymi reakcjami fanów dał solidny występ. Jego kompozycje to dobrze skrojony, subtelny pop z elementami jazzu, downtempo i urzekającymi żeńskimi wokalami. Jego fani z pewnością byli uradowani.

Autechre – uwielbiam takich artystów. Chciałbym napisać coś konkretnego o występie legendarnego duetu, ale chyba nie dam rady. TOTALNA miazga, coś niesamowitego. Spodziewałem się, że będzie dobrze, jednak moje oczekiwania zostały po prostu obrócone w proch. To czysty muzyczny killer. Zdeformowane, odkształcone, abstrakcyjne elektroniczne dźwięki co chwilę oplatały mnie swą hipnotyczną mocą. Przygniatająca swoją siłą elektroniczna uczta. Zachwyt i zdziwienie. Takich wrażeń się nie zapomina. Po występie Brytyjczyków długo nie mogłem dojść do siebie. Wykończony, lecz szczęśliwy opuściłem teren kopalni. Mam nadzieję, że chociaż część tych emocji czeka na mnie w sobotę.


sobota

Drugi dzień zaczął się dla mnie od występu Pink Freud. Tradycyjnie dobrze zagrany koncert, jednak oglądała go mała grupka zebranych. Ludzie dopiero schodzili się na teren kopalni.

Niwea – gdy grali na Off Festivalu, byli entuzjastycznie witani przez zgromadzonych na scenie eksperymentalnej, wypełnionej zresztą po brzegi. Słoneczny dzień, około 40 osób, niestety gdzieś wyparował specyficzny humor i urok ich występu. Nie pomógł nawet „Miły młody człowiek”. Czegoś zabrakło.

Kamp! Dużo w ostatnich dwóch latach mówi się o tym wrocławsko-łódzkim trio. Zespół powoli, acz skutecznie buduje swoją pozycję. Wypłynęli na fali nostalgii za klimatycznymi brzmieniami syntezatorów z lat 80. Klawisze plus elektroniczna perkusja plus oszczędne gitarowe partie. Mam trochę słabość do grania w stylu starego Tears For Fears, Human League, OMD więc niektóre z tych dźwięków całkiem miło mnie zaskoczyły, choć bez większego szału. Natomiast podobali się bardzo publice, głownie płci pięknej. „Distance Of The Modern Hearts”, „Heath”, a zwłaszcza zagrany gdzieś na początku „Cosmological” wywołały bardzo pozytywne reakcje zebranych. I choć nie jest to zespół, któremu będę poświęcał więcej uwagi w przyszłości, myślę, że posiadają już swoją całkiem sporą grupę odbiorców. Jeżeli nie należysz do tych, którzy formację A-Ha uważają za obciach totalny, pewnie znajdziesz w twórczości Kamp! coś dla siebie. Kto wie, może kiedyś ich piosenki wyprą ze stacji radiowych wszechobecny kicz.

Bibio. Sympatyczny występ, choć byłem tego dnia nastawiony na zupełnie inne rytmy, miałem swoich faworytów. Siłą jego muzyki są eksplodujące kolorami elektroniczne mozaiki, czasem dźwięki niemal akustycznej gitary. Melodie dalekie od lukrowanej przebojowości. Niezwykle przyjemna temperatura jego występu skłoniła mnie do krótkiej przerwy. W myśl zasady, by dać bawić się innym przy muzyce, która sprawia im radość, opuściłem show, które podobno zgotowała grupa Dub Mafia. Z tego, co później słyszałem, dali jeden z najlepszych koncertów na tegorocznym Tauronie. Nie będę ukrywał, że trochę żałuję.

Loops Haunt na scenie Red Bulla. Podczas tych dwóch dni rzadko się przy niej zatrzymywałem. I tutaj miła niespodzianka. Scott Douglas Gordan zagrał naprawdę super. I choć jego występ przyciągnął małą grupkę tańczących, nie ma mowy o zawodzie. Grał szybko, sprawnie i co zwróciło moją uwagę, był bardzo wiarygodny. Już po 10 minutach wyglądał na wykończonego. Grał z pasją zawodowego rockmana. Gość wie, jak się zaprezentować, pod koniec myślałem, że zacznie machać laptopem. Przez cały czas uśmiechnięty, trudno mu nie wierzyć.

Co dalej? Nosaj Thing? Czyli tym razem nie będzie zbyt dynamicznie. No i nie było. Owszem, miał swoich słuchaczy, którzy wyglądali na zadowolonych. Ja jednak jakoś nie mogłem się skupić, nie porwały mnie też specjalnie wizualizacje. Opuściłem Club Stage już w połowie występu i nie wiem nawet czy zagrał mojego osobistego faworyta z płyty „Drift” – „Light 2”.

Na kolejnego gościa tej sceny czekałem z niecierpliwością. DMX Krew. No tak! Dance To The Beat, Move Your Feet na ekranie i wszystko jasne, będzie dobrze. Edward Upton jest w formie. Dyskografię tego pana łykam w zasadzie w całości, choć czasami zdarzają się mu przyciężkawe momenty. Wizualnie na początku trochę pod Kraftwerk, później coraz luźniej, w końcu pojawia się nawet kot Felix. Ten kreskówkowy bohater pojawiający się na ekranie już od 1920 roku, a później, pod koniec lat 80. także w grach m.in. na konsole Nintendo, wyznaczył kierunek tego koncertu. Dźwięki żywcem wyjęte ze starych gier komputerowych znakomicie przegryzały się z szybkimi, konkretnymi beatami. Tym samym Upton przypomniał, że stoi także za projektem Comutor Rockers. To specyficzna muzyka, która nie każdemu może podejść do gustu, ale ja byłem zadowolony. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko utworu „ I’m All Alone”, nie można mieć jednak wszystkiego. Komunikat na koniec: Let’s Go, Take Control!

Dużo dobrego słyszałem o Prefuse 73, więc musiałem koniecznie usłyszeć i zobaczyć, jak prezentują się na żywo. Czerwona czapeczka, biały szalik i na początku całkiem nieźle. Żywa perkusja, jest ok. Wyłoniło się kilka niezłych, połamanych parkietowych hitów. Jednak w połowie występu zacząłem odczuwać dziwne znużenie. Końcówka wymęczyła mnie totalnie, dlatego niestety 3 +, choć była szansa na dużo więcej.

Z przyczyn technicznych ostatnim show, które oglądałem tej nocy, był koncert trio Moderat. Nie dało się ustać w miejscu. Nieoficjalny hymn festiwalu TNM 2010 czyli „Rusty Nails” oraz inne numery z ich ostatniej płyty zagrane zostały z dużo większą energią. Zapełnili chyba cały plac przed Live Stage. Tłum naprawdę szalał. Berlińczycy zasłużyli na duże brawa.


niedziela

W niedzielę szanse częściowej rehabilitacji dostał Scott Herren, czyli Prefuse 73. W katowickim szybie Wilson gościnnie wspomagał orkiestrę Aukso. Jaki to był występ? Na pewno poruszający. Delikatne, często ambientowe partie Scotta dobrze współgrały z brzmieniem skrzypiec, kontrabasu. Choć hala nie była wypełniona po brzegi, zebrani żywo reagowali po każdej kompozycji. Mimo zmęczenia fantastycznie słuchało się tej muzyki.

Bisowali trzy razy, wyraźnie zadowoleni z entuzjastycznego przyjęcia przez publiczność. Dyrygent Marek Moś w imieniu orkiestry serdecznie dziękował zebranym. Wyraził chęć zagrania w tym miejscu za rok i żartobliwie obiecał, że następnym razem poproszą naszego wspólnego gościa, by ten przygotował jakąś kompozycję z nieco „szybszym beatem”. Oczywiście aplauz i widok bardzo wielu uśmiechniętych twarzy dobitnie utwierdził mnie w przekonaniu, że to było bardzo dobre zakończenie tej edycji festiwalu. Wszystkim życzę dużych emocji za rok!.

tekst: Jakub Janiak

>>> wróć do forum







teksty
JACEK MIKOŁAJCZYK: Rewia o zwykłym człowieku
Jacek Mikołajczyk jest przede wszystkim chodzącą encyklopedią światowego i polskiego musicalu. Ma na to papier ... >>>

ŁATA MIASTA/ MIŁOSZ KONIECZKO I MILO BANACHOWICZ: W street art można zawsze i wszędzie
Pomysłów na poprawienie estetyki przestrzeni miejskiej pojawiło się w ostatnich latach mnóstwo. Wśród najpopularni... >>>
komentarze: 2

EABS: Każdy z nas to silny charakter
Bez wątpienia 2019 rok należał ponownie do EABS. Ten wrocławski septet założony w 2011 roku rośnie w siłę z każdym... >>>

DARIUSZ DUSZA: Muszę robić coś nowego
Jest rok 1985. W małym Trupieszowie, gdzieś w granicach Polski, odbywa się doroczny festiwal muzyki rockowej, na k... >>>

DJ WEST: Lubię Katowice
Śląski hip-hop od zawsze stał didżejami. Możemy pochwalić się, że lokalną scenę tworzą zarówno DJ Eprom, DJ Bambus i... >>>

MUZEUM HISTORII KOMPUTERÓW I INFORMATYKI: Uratowane spod wiaty
Na pierwszym planie pulpit operatora komputera Odra 1304 (rok prod. 1968), na drugim - komputer Odra 1305 (1975) wraz... >>>

PIOTR WÓJCIK: Śląskie crime story
Piotr Wójcik debiutuje właśnie jako autor kryminału „Wina”, który zaczyna cykl „Metropolia”... >>>
po imprezie
Ostatnio dodane | Ostatnio skomentowane
Upper Festival 2019
5.09.2019
Fest Festival 2019
26.08.2019
Off Festival 2019
9.08.2019
Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2019
27.06.2019
Off Festival 2018
10.08.2018
Podziel się z resztą świata swoimi uwagami, zdjęciami, filmami po imprezach.
o nas | kontakt | reklama | magazyn | zgłoś błąd na stronie | © Ultramaryna 2001-2019, wszystkie prawa zastrzeżone