Zaangażowany i angażujący

Posted: 14th styczeń 2012 by Łukasz in biblioteka

Mateusz Marczewski napisał świetny reportaż. Mocny, cierpki, wciągający. „Niewidzialni” to wiele w jednym. Marczewskiemu udała się tutaj sztuka nie lada – zmagazynował w swojej książce najróżniejsze żywioły, tak formalne, jak i fabularne, a ich odmienność wygrał na własną korzyść. Dzięki czemu obcujemy z intrygującą i złożoną narracją, w której historia miesza się ze współczesnością, kwestie socjalne z mitami, wnikliwa dziennikarska proza z zapisem iluminacyjnych jebnięć. W „Niewidzialnych” Marczewski dokonuje jeszcze czegoś. Mimo że do kontaktów z czytelnikiem używa najczęściej pierwszej osoby liczby pojedynczej i mnogiej, to jednak nie robi z siebie herosa całej opowieści. Nie popada w megalomanię. Nie zapada na typową dla tego zawodu pychę – kamuflowaną literkami ochotę na to, by pokazać się jako ten odważny, mądry i wrażliwy, przyjaciel planety, ziomal słusznych partyzantów i dzieci. Marczewski nie opisuje zatem jak ze łzami w oczach czochrał afro smagłego ośmiolatka, nie relacjonuje swojej walki wręcz ze stadem rozochoconych krokodyli. O czym i o kim więc pisze? O tych, którzy pewnego dnia stali się niewidzialni. O Aborygenach.

Ale nie o tych fotogenicznych kudłaczach z folderów reklamowych biur podroży i protest-songu Roberta Gawlińskiego. Marczewski pisze o prawdziwych Aborygenach. To nie są wcale mili goście. Cuchną, są głośni, brudni, wokół siebie robią zawsze konkretną trzodę. Doją socjal i spędzają dnie na piciu, spaniu, wizytach w ichniej Biedronce i nawykowym inicjowaniu chaosu. Polscy żule z bumerangami. Też nie – nawet bumerangi maja już tylko takie, które nie wracają.

Nie wiadomo za bardzo co z nimi począć. Z tym kontyngentem obcych, z tym uwalonymi zwierzętami na dwóch nogach. Kiedyś można było ich przynajmniej zabić, zutylizować choćby i część w jakimś radosnym niedzielnym pogromie. Dzisiaj już nie wypada. Lecz jeśli jesteśmy biali, bogobojni i bogaci, to i tak możemy się wykazać. Możemy zamknąć Aborygenów w rezerwatach, wydzielić dla nich rewir w jednym z podlejszych dzielnic jednego z naszych lepszych miast, możemy w końcu udawać, że ich nie widzimy. Co miało być zrobione, i tak już zostało. Na tym polegał ów piękny myk. Zajumać dla siebie najkorzystniejsze lokalizacje, ocienione doliny, żyzne zatoki, pagórki pod polis, im zaś zostawić spalone pustkowia. A potem powiedzieć:  patrzcie na tych debili, oni niczego nie potrafią.

Nas i ich dzieli wszystko. To rudymentarna różnica w mentalności. Głęboka, nie do zasypania. Oni są jak dzieci. Używają świata, ale nie spekulują na temat jego struktur, nie rozumieją jego reguł i układów. Aborygeni funkcjonują w innym czasie – w kontinuum, które sięga aż po wtedy, gdy ich praprzodkowie wmaszerowali do Sahulandu. My nie możemy przeniknąć do sedna ich kultury, rozkminić jej formuł, rozrysować sobie schematów aborygeńskiego postępowania, myślenia i czucia. Natomiast oni w ogóle nie chcą badać naszej kultury. Związek pomiędzy nimi a nami polega więc na postępującym kanibalizmie. Z naszej strony, oczywiście. Najpierw kęs po kęsie skonsumowaliśmy ich terytoria, potem – resztę. Przetworzyliśmy ich tradycję na kolekcję łatwo przyswajalnych symboli, cieszących oko ikon, tanich morałów. Skomercjalizowaliśmy ich unikatowe malarstwo, z którego przez to kompletnie wyciekł przekaz, a została oferta dla turystów: oryginalne formy, niepowtarzalne asocjacje kolorów. Zaburzyliśmy skutecznie Czas Snu – rozszczelniliśmy ten zbiornik ze świętą cieczą, w którym od wieków żyli. Dzięki któremu żyli. Ich ziemia już nie jest łącznikiem pomiędzy żywymi a zmarłymi, terminalem na granicy wymiarów, włączoną non-stop stacją, która odbiera sygnały stamtąd i wysyła te stąd. Dzisiaj to wyjałowiona zona, martwa, nieprzewodząca. A na niej oni, czarne brodawki na różowiutkiej skórze nowoczesnego społeczeństwa.

„Niewidzialni” Mateusza Marczewskiego to również wypisy z wielkiej księgi nikczemności białego człowieka. Czego tu nie ma! Faszerowana strychniną konina wręczana w darze opornym klanom, lokalne holokausty, rekreacyjne polowania na Aborygena, obligatoryjny rasizm, wszechobecna pogarda wobec „dzikich”. Wyjątkowo dojmującym doświadczeniem jest czytanie u Marczewskiego o przymusowej asymilacji, jakiej poddano w Australii w latach 1900-1970 około stu tysięcy osób. Wówczas to dzieci ze związku białego i Aborygenki były odbierane siłą i wtrącane do ośrodków wychowawczych. Maluchom wmawiano, że ich rodzice nie żyją, albo że byli dla nich źli. Następnie tępiono w nich jakiekolwiek wartości wyniesione z domów i przyuczano do wykonywania najprostszych fachów: służących i roboli.

Aborygenów dopiero w połowie lat sześćdziesiątych XX wieku wykreślono z Księgi Flory i Fauny – i uznano za ludzi. Dopiero wówczas otrzymali oni także australijskie obywatelstwa.

Marczewski jest blisko opisywanych przez siebie zjawiska. Po Australii podróżuje stopem, sypia w namiocie, odwiedza zarówno metropolie, jak i osuwające się w nicość dziury. Darwin, Sydney, Alice Springs, Ziemia Arnhema, Katherine, osady na skraju pustyni, wioski w buszu, miasteczka na spalonej na wiór prowincji. Jest blisko, ale zawsze o pół kroku w tyle. Nie ingeruje w to, co dzieje się na jego oczach, nie wszczyna wydarzeń, nie podbechtuje innych do działania. Czuwa, rejestruje. Nie lituje się po wielkopańsku nad biednymi Aborygenami.  Osiąga za to wyższy poziom empatii, na którym lepiej widać zalety i wady. Dlatego Marczewski nie waha się napisać gorzkich słów o Aborygenach, o tym, że mogą stwarzać zagrożenie, budzić lęk, odstręczać. Pisze też o dwuznaczności pomocy socjalnej, którą ci cywilizowani i biali wypłacają, żeby mieć spokój z tymi prymitywnymi i czarnymi. Ale to nie rozwiązuje problemów Aborygenów, wręcz przeciwnie – piętrzy kolejne. Zasiłki są w ich przypadku jak narkotyki: łagodzą rzeczywistość i przyjemnie otępiają, ale na dłuższą metę nieodwracalnie niszczą.

„Niewidzialni” to takie dziennikarstwo, w którym język nie tylko służy, ale i stwarza. Marczewski nie produkuje płaskich komunikatywnych fraz – nie poprzestaje na doborze czasowników, za pomocą których streszcza się jakąś rewelację o rajskim azjatyckim zakątku, który trawi fast food czy fosfor. Marczewski wytapia dobre zdania w dobrym dziele. Niekiedy wiedzie go to na skraj, za którym otwiera się kraina słabych metafor dopełniaczowych, ale na szczęście w porę zawraca. Należy się więc tylko radować, że autor zaryzykował i tak brutalne kwestie wyłożył tak wyrafinowanym stylem.

„Niewidzialni” Mateusza Marczewskiego są reportażem zaangażowanym w obronę słabszych, dotkliwie poobijanych i wydymanych po całości. „Niewidzialni” Mateusza Marczewskiego są reportażem angażującym, by stać po stronie słabszych, dotkliwie poobijanych i wydymanych po całości.

  1. kolega Tetrix pisze:

    Między innymi za to, co pisał o aborygenach, nie znoszę Billa Brysona.

    Między innymi za to, co pisał o aborygenach, uwielbiam Petera Temple’a.

  2. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix

    A czemu Bryson odstręcza? Bo jeszcze okazji nie miałem, a zauważam, że to osoba popularna na mieście.

  3. kolega Tetrix pisze:

    Bryson odpycha, bo z pewną taką zawziętością (maskowaną chichami, ale ewidentną) trzyma się otwarcie wyrażanej tezy, iż Des Moines w stanie Iowa A.D. 1958 było najlepszą miejscówką, by przyjść na świat. EVER. W związku z czym nie-biali i kobiety mają w jego weltanschauungu cokolwiek przesrane. No i w sumie to taki poniekąd Clarkson dla ery pre-TopGear-owej.