I would prefer not to

Posted: 15th kwiecień 2012 by Łukasz in biblioteka

Nie dalej jak dwa tygodnie temu napisał do mnie znajomy. Na pozór – nic nadzwyczajnego. Każdego dnia przecież prowadzę obfitą korespondencję, zarówno służbową, jak i prywatną. Jednak ten mail okazał się  i n n y. Sprawił, że zacząłem zadawać sobie pytanie elementarne, czego od dawna już nie robiłem, i popadłem, nie tyle za sprawą odpowiedzi, lecz właśnie z powodu ich braku, w stan duchowej, fizycznej i higienicznej prostracji. Ów na dodatek sprzągł się z dołującą aurą tegorocznej wiosny, wiosny chybionej. Ległem więc. Oddałem się zasugerowanej lekturze. Pozorowałem pracę, obserwowałem okna. Kwiecień świnił mi szybę po szybie. Koty cięły przez mokrą jezdnię. Opuszczały osiedle i na powrót parły ku swoim zimowym kryjówkom na działkach pod lasem. Ludzie się wymijali. Autobusy szły prosto. Gdzie nie spojrzysz: niż. Niebo z ołowiu. Ołów w kolanach. Nocami słuchałem wiatru, który w przewodach wentylacyjnych mojego bloku udawał emerytowaną diwę, zwierzęta u wrót ubojni, ścieżkę dźwiękową włoskiego horroru. Gdy było jasno, czytałem. Potem – udawałem, że czytam.

Wahałem się przez chwilę, czy mogę upublicznić tego maila. Ale doszedłem do wniosku, że jak najwięcej osób winno poznać jego treść. Ufam, że i taka, acz może wyłożona w nieco zawoalowany sposób, była wola nadawcy.

„Drogi Ł.

Zauważyłeś z pewnością, że ostatnio jest mnie jakby mniej. To nie przypadek, to strategia. Odkąd wszedłem w posiadanie tej niezwykłej książki, nie umiem, nie staram się i nie chcę funkcjonować jak kiedyś. Po kolei, żeby nie wzbudzać zbytniej sensacji, kasuję swoje profile w sieci. Nie odświeżam bloga, pozwalam mu się do woli zachwaszczać. Nie odpisuję na maile. Nie biorę nowych zleceń. Nie wychodzę z domu. Nie ma mnie. Pragnę, żeby właśnie tak zostało już do końca. Chcę być nikim.    Czy to jednak nie jest komiczne, okrutne i komiczne, że ta arcyciekawa książka, mądra, wartościowa i świetnie napisana spoczywała w Matrasie nie na wyeksponowanym miejscu, ale w koszu z wyprzedażami za 5 złotych, pod warstwami chłamu, gnieciona makulaturą, zasypana tandetą, omal na samym dnie? Nie, przepraszam, nawet nie za 5 złotych. Ale – 4,90. Ujęto z niej 10 groszy, żeby zaskomlała i zwróciła na siebie czyjąkolwiek uwagę. Znalazłem ją i kupiłem. To było w listopadzie, końcówka, kiedy jeszcze chodziłem po mieście.

Enrique Vila-Matas „Bartleby i spółka”

Nie znałem go wcześniej. „Bartleby i spółka” to rodzaj dziennika prowadzonego przez samotnego, nieszczęśliwego garbusa, zahukanego pracownika biurowego, który nazywa siebie QuasiWattem. Jest byłym pisarzem. Po swoim debiucie milczał przez 25 lat. Teraz postanawia przemówić. Nie pisze powieści, zbioru opowiadań, wspomnień. Pisze o takich jak on, o bartlebych. Czyli o pisarzach, którzy świadomie, z premedytacją i będąc na ogół w pełni sił twórczych odmówili dalszego wytwarzania słów. Albo zostawiali swoje dzieła naumyślnie pęknięte, niedokończone. Albo z rozmysłem usuwali się w głęboki cień, schodzili światu z oczu. QuasiWatt tropi ich i znajduje w każdej epoce.

Keats, Jimenez, Rimbaud, Hoffmanstahl, Salinger, Walser (Robert), Crane, Kafka, Pynchon, De Quincey, Felisberto Hernandez i inni.

Pamiętasz bohatera noweli Melville’a „Kopista Bartleby. Historia z Wall Street” i jego zabójczą kwestię „wolałbym nie”? Właśnie o to się rozchodzi.

„Bartleby i spółka” to historia tych artystów, którzy powiedzieli „nie”. Którzy przystawili do swojego języka paralizator i nacisnęli spust. Mogę, ale nie, dziękuję. Umiem, lecz nie chcę. Proponuję przestać. Dość, tyle na tym.

To opowieść o tych, co zaufali nicości. Za swoją muzę uznali Negację. Rimbaud, który wybrał podróżowanie i handel bronią, a nie bezpieczny fotel przy biurku. De Quincey, który przeleżał na kanapie 17 lat w kłębie dymu z opium. Kafka, który pewnej dżdżystej niedzieli, gdy nareszcie dysponuje wolnym czasem, zamiast pisać, woli oglądać swoje palce. Crane, który pisał, że można pisać wyłącznie o głębokiej niemożności pisania. Niewidzialny Salinger, Pynchon o konstytucji z liter.

Narrator „Bartleby’ego i spółki” mozolnie składa swoją antologię NIE. Na jej marginesach zostawia komentarze, które nas, przyzwyczajonych do tego, że dużo znaczy dobrze, więcej równa się lepiej, im głośniej, tym poważniej, mogą przyprawić o zawrót głowy. Użytkujemy rzeczywistość, w której nie jest już istotna wartość tego, co robisz, ale intensywność z jaką o tym informujesz. Artysta nie może przestać. Musi w nieskończoność powielać te formuły, które  przypadły do gustu publiczności. Nie jest ważny jego rozwój, moc jego dzieł, ścieżki poszukiwań – ważna jest jego ciągła obecność.

To było to, pierdolnięcie, na które czekałem. Dzięki niemu zrozumiałem, że sztuką dzisiaj nie jest mówić, ale odmówić. Usunąć się, kiedy jeszcze można, a nie gdy popychają cię do wyjścia. Dobrowolnie zstąpić do podziemi.

Literatura to są ćwiczenia z godności. Chuj ze stylem.

Lektura „Bartleby’ego i spółki” zmieniła u mnie wszystko. Pojąłem jak daremne były moje literackie próby. Ta powieść o Szatanie, te pornograficzne bajki z niejednoznacznym morałem. Większą korzyść przyniesie mi nie postawienie ostatniej kropki, ale wciśnięcie „usuń”. Następnie – wyobrażanie sobie, o czym mogły być to rzeczy. To mi starczy. Ciekawsze są przecież te strony, których nie napisałem.

Teraz stawiam na bezczynność, wprawiam się w rezygnacji. Nie odróżniam jednego dnia od drugiego, nocy od nocy. Pragnę uciec ze swojego pokoju, nie ruszając się ze swojego pokoju. Uwolniłem się już od zobowiązań. Zresztą – jakie one były? Tłumacz, kopyratjer, przelewacz z pustego w próżne, nieudany mąż. Z żoną porozumiewam się samogłoskami, minami i ciszą. Marzę o tym, żeby pewnego dnia pomyliła mnie z meblem. Wróciła z pracy i powiesiła na mnie swoją marynarkę lub torbę. Żeby widziała mnie, ale nie zauważyła.

Nikt ci nie przeszkadza, bo wszyscy sądzą, że śpisz. Nie budźmy go, on śpi. Uważajmy na niego. To właśnie mam zamiar osiągnąć.

Przeczytaj „Bartleby’ego i spółkę”. Po lekturze – rozciągnij się wygodniej na łóżku.

Twój XXX.”

  1. peek-a-boo pisze:

    abnegacja jako afirmacja.
    No i dopiąłeś swego, mimo ze kiedyś rzuciłam po 30 stronach daleko od wanny, to teraz grzebnę i wezmę do czytania z powrotem. Zobaczymy na jak długo.

  2. kolega Tetrix pisze:

    No ale Pynchona to chyba QuasiWatt zdiagnozował akurat przedwcześnie, non?

  3. Marceli Szpak pisze:

    sztuka powstrzymania się od komentarza mnie zawodzi, jak widzę, co zrobiłeś z mojego koleżeńskiego, wcale nie natarczywego „Czytaj Vila-Matasa, dziwko!”. No dobra, może mogłem nie powtarzać tego po trzykroć.

  4. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix

    Czemu, łaj? Pynchon mu wpada do szufladki z tymi, którzy siedzą w norce.

  5. Łukasz pisze:

    @ nameste

    Kochany, nawiedź Matrasa. Mają teraz wyprzedaż zacnych rzeczy z Noir sur Blanc po 5 i 9,9 zł.

  6. Łukasz pisze:

    @ Marceli Szpak

    Marcelku, to był terror. Ta notka jest dzieckiem STRACHU.

  7. kolega Tetrix pisze:

    Noale siedzenie w norce to tak łagodna forma „Wolałbym nie” (w porównaniu z Rimbaudem czy Kafką choćby), tak rozszerzająca definicję, że zaraz się okaże, iż każde wyjście po zakupy oder na lunch też się kwalifikuje. Albo spędzenie trzeciej części życia na spaniu.

  8. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix

    Łagodna? W XX i XXI wieku? Piszesz znakomite knigi, a nie ma Twoich zdjeć, wywiadów z Toba, nie podpisujesz książek na targach, nie bywasz w telewizorze, nie nauczasz, nie pouczasz, nikt nie wie (albo prawie nikt) jak wyglądasz, gdzie mieszkasz i czy masz kochankę. Nigdy (chyba) nie miałeś nawet spotkania autorskiego. Ejże.

  9. nameste pisze:

    @Łukasz

    Bycie publiczne (zgodnie z wymogami PR) rokrocznie odstrasza od pisania tysiące młodych zdolnych ludzi.

  10. Łukasz pisze:

    @ nameste

    Może. Ale mój służbowy mail pęka w szwach od tych, co bardzo chcą zadebiutować.

    Z drugiej strony – Polska to taki lilipuci kraik, że chyba byś nawet nie dał rady się tak zaszyć jak Pynchon czy Salinger. Że nikt, nic.

  11. nameste pisze:

    @Łukasz: nie no, kpiłem sobie. (Ale dla niektórych jest to ważna okoliczność. Moje szuflady, ech.)

  12. Łukasz pisze:

    @ nameste

    Proszę mnie tutaj bartleby’ego nie odstawiać i opróżniać szuflady. Stosowny adres znajduje się w necie.

  13. Marceli Szpak pisze:

    @Pol­ska to taki lili­puci kraik, że chyba byś nawet nie dał rady się tak zaszyć jak Pyn­chon czy Salin­ger. Że nikt, nic.

    I właśnie tu wchodzi Bartelby. Możesz, ale warunkiem wstępnym jest to, żeby cię nigdy nie było.

  14. mrw pisze:

    Dałem dwa zyle, nabyłem.

  15. Łukasz pisze:

    @ mrw

    O, następny kładzie się do łóżka. Pożegnaj się z żoną.

  16. mrw pisze:

    Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie.

  17. Masz grzecha, po buszowaniu w bibliotece i moim ulubionym antykwariacie grochowskim ruszę w matrasa. Nieładnie tak komuś drenować portfel.

    PS Nie wiem czy gratulowałem roboty, więc gratuluje teraz. Przynajmniej sobie poczytasz trochę grafomanów;)

  18. Łukasz pisze:

    @ galopujący major

    Dzięki. Póki co, czytam z nadzieją. Wierzę, że jednak raz na 400/500 propozycji trafia się jakaś Masłowska albo Gombro.

  19. dea pisze:

    Villa Matas imho dużo lepiej i ciekawiej napisał Paryż nigdy nie ma końca
    w Matrasie z grosze był

  20. Łukasz pisze:

    @ dea

    Się sprawdzi. Do kompletu dzieł tego pana dodajmy jeszcze i „Krótką historię literatury przenośnej”. I hajda na Matrasy!

  21. fan-terlika pisze:

    Hihi. Wypożyczyłem Paryż nie ma końca, a w środku znalazłem dwa rodzinne zdjęcia.
    Ale jeśli Paryż ma być lepszy i ciekawszy, to mi się to nie podoba, bo tam trochę nudnie bywa.

  22. Leon pisze:

    Posłusznie melduję, że w Matrasie w Galerii Krakowskiej widziałem jeszcze ze cztery egzemplarze, jakby ktoś reflektował. Też za dwa zet. Po moim wyjściu zostały trzy.