Bernhardowskie, arcyludzkie

Posted: 3rd sierpień 2012 by Łukasz in biblioteka

Fabułę „Wycinki” można streścić i zamknąć w jednym zdaniu. Ale nie o bujną fabułę dbał Bernhard w swojej powieści. Ten zatem kto od literatury oczekuje złożonych intryg, cyrkowych wolt akcji i osobliwych przygód z udziałem równie osobliwych bohaterów, niech po „Wycinkę” nie sięga. W niej niczego takiego nie znajdzie. Za to ci, którzy są amatorami nienawiści, szyderstwa i pogiętych, zapętlających się fraz, powinni ją sobie czym prędzej sprezentować. Bo w tych materiach nie masz mistrza nad Bernharda.

„Wycinka” to monolog. Długi, obsesyjny, napastliwy, przerażający. Nie ma podziału na akapity, nie ma wyrzuconych osobno dialogów. Jest 189 stron ciągłego tekstu – szeroka struga przepalającego wszystko kwasu.

Wiedeń, lata 80. Artystyczna kolacja u państwa Auersbergerów, na której ma się zjawić świetny gość – aktor samego Burgtheater. Spóźnia się jednak. Towarzystwo skręca się z niecierpliwości – i coraz więcej pije. Z uszatego fotela, z mroku przedpokoju, obcina ich bezlitosnym i wrogim spojrzeniem pisarz, niegdyś bliski towarzysz Auersbergerów, dawny przyjaciel domu. Obcina, wypomina i ocenia. To narrator „Wycinki”.

Ów obserwator z uszatego fotela tydzień temu spotkał się z Auersbergerami po raz pierwszy po ponad dwudziestoletniej rozłące. To był przypadek – i przeznaczenie. Bo tego samego dnia, we wtorek, o świcie, powiesiła się ich wspólna znajoma, Joana. Auersbergerowie od razu podzielili się z nim tą tragiczną nowiną, a on, mimo że wiedział o śmierci Joany, bo rano zatelefonowała do niego Joany przyjaciółka, udał zaskoczenia i smutek. Pogrzeb odbył się dzisiaj. Większość uczestników kolacji u Auersbergerów była wcześniej na tej ceremonii w Kielb, rodzinnym mieście Joany, zarazem miejscu jej samobójstwa. Przez co i ta kolacja nie jest już tylko kolacją, entą imprezką wiedeńskiej socjety, ale i nieoficjalnym pożegnaniem z Joaną, zakamuflowaną stypą po niej.

Narrator nie zraża się przeciągającą się nieobecnością aktora i monologuje ile wlezie. Jego reminiscencje sięgają lat 50, kiedy razem z Auersbergerami, Joaną i pisarką  Jeannie Billroth tworzyli paczkę początkujących artystów, którzy chcieli podbić Wiedeń, bo wiedzieli, że podbić Wiedeń, to znaczy podbić świat. Poznajemy po kolei ich biografie. Narrator odtwarza je w detalach, szczerze i otwarcie. Dzięki temu daje się zauważyć pewien schemat, podług którego układał się los każdego z nich: potężne ambicje na starcie, spore możliwości, wzlot i upadek, fizyczny, moralny, artystyczny. Wszyscy z nich przegrali.

Auersberger nie jest wcale genialnym muzykiem, za jakiego uchodzi i się ma, ale odrażającym komediantem, pijakiem i brutalem. Wraz ze swoją żoną tworzą parę okropnych kołtunów, cwaniaków i pozerów, którzy odgrywają przed innymi role mecenasów i ludzi sztuki, choć tak naprawdę interesuje ich zbytek, wygoda i akces do prawdziwej arystokracji. Jeannie Billroth – „wiedeńska Virginia Woolf”, jak po wielokroć z przekąsem nazwie ją narrator – to kolaborantka, która zaprzedała swoje ideały i umiejętności w zamian za nagrody, posady i wydania. Joanę, zdaje się, fatum dojechało najbardziej z tego grona. Gdy zrozumiała, że nie zrobi kariery jako tancerka, zajęła się karierą swojego męża, Fryca, artysty-tapisera, którego artystyczne gobeliny rychło przyniosły mu splendor i majątek. Jak  już to osiągnął, to uciekł od Joany z jej najlepszą przyjaciółką. Joana stała się pośmiewiskiem, opuszczoną Joaną. Końcówka Joany, to marna końcówka – najtańsze wino, samotność, brak miłości, pętla.

Kiedy na kolacji stawi się wreszcie aktor z samego Burgtheater – i do stołu poda się kartoflankę – będzie to dla narratora sygnał, żeby napiętnować nie tylko tych, których zna, ale i całe środowisko artystyczne Austrii. On nie bawi się w złośliwostki i miotanie szpileczek, ale wali na odlew. Austriaccy pisarze, aktorzy, kompozytorzy, ministrowie od kultury i kultury tej przedstawiciele, pracownicy i wykonawcy, to po większości – i z nielicznymi wyjątkami – beztalencia, oportuniści, lizusy , kretyni i epigoni, którzy swoje warsztaty zmienili w maszynki, na których w regularnych odstępach czasu wyrabiają zgrabne foremki i dzięki tym foremkom zjednują sobie poklask mieszczuchów i władzy, szacunek w branży i rentę na starość. Tak to właśnie się odbywa. Bernhardowskie filipiki, napaście i wycieczki, te obłąkane zdania ciągnące się przez stronę lub półtorej, są czymś więcej niż krytyką i czerpaniem sadystycznej uciechy z kopania mniejszych i głupszych. To wiertła, którymi rozkrusza się beton – którymi rozkrusza się hipokryzję, nietolerancję i tępotę.

Ale nie jest tak, że narrator „Wycinki” potępia resztę, a z siebie robi świętego. Nie – nic z tych rzeczy. Ta kolacja, to również znakomita okazja do surowego obrachunku ze sobą i własną przeszłością. Z otchłani autokomentarzy i wspomnień wynurza się powoli nad wyraz nieprzyjemna osoba. Pijawka, wygodniś, nielojalny i szczwany typ, który najpierw do woli korzystał z gościny i środków Auersbergerów, Joany czy Billroth, a potem ich porzucał i zrywał kontakty. Teraz nie jest lepiej. Narrator wie, że jest podły i słaby. Jego słabość objawia się tym, że do Auersbergerów iść nie chciał, a poszedł, chwalić nie chciał, a jednak pochwalił, nie chciał za nic podziękować, ale podziękował. Podziękował i pocałował w czoło. Tak, leje po nich pomyjami i wrzącą smołą, ale milczy. On im tego nie mówi, nie ciska im w twarz prawdy, nie rozbija bluzgiem ich zabaw i gierek, nie jest gombrowiczowskim prowokatorem, który stara się za wszelką cenę rozmontowywać sytuacje i układy. Zostaje mu toczenie jadu – i tegoż jadu łykanie.

Z tego co zdążyłem się zorientować, dotychczasowi recenzenci i czytelnicy „Wycinki” w swoich wystąpieniach skupili się przede wszystkim na atakach Bernharda na sztukę austriacką i austriackich artystów. Co, oczywiście, błędem, nie jest. Ale znacznie jednak zubaża wymowę i wagę tej powieści. Bo drugim, według mnie, nie mniej ważnym, wręcz nawet może i głównym, tematem „Wycinki” jest to, co dzieje się z człowiekiem pod wpływem sił, z którymi ma do czynienia – takich sił jak upływający czas, inni, społeczeństwo i tego społeczeństwa instytucje. Co z niego zostaje po takich obróbkach? Odpowiedź Bernharda jest okrutna i uczciwa. Przekonuje on i naucza, że tak zwane życie, to nic więcej, jak tylko narastające rozczarowanie, asystowanie przy upadku swoim i najbliższych, obserwowanie ich – i swojego – schyłku. Po 20, 30 latach niegdysiejsi idole, muzy i mentorzy zmieniają się we własne karykatury, zidiociałych deklamatorów, konformistów i zgorzkniałych kabotynów. A ty siedzisz w uszatym fotelu, oglądasz ich, widzisz jak się okaleczają, nienawidzą, płaszczą, i jest tak, jakbyś na samego siebie patrzył.

  1. peek-a-boo pisze:

    Bernhard to najwspanialszy pierdoła jakiego udało mi się przeczytać.

  2. nameste pisze:

    I jeszcze styl pana B., niezrównany. (Styl noty także napina cugle. Podług którego [mlask], fatum dojechało [mniam]. Tylko przecinki uczesać, i…)

    Sądząc po wymienionych liczbach („20, 30 lat”), jako potężniejący socjusz coraz szerszego kręgu polskich twórców jeszcze nie zaobserwowałeś masowej skali zmierzwienia. Trzeba będzie ładnych parę lat poczekać (na memułary ^)

  3. Łukasz pisze:

    @ peek-a-boo

    Si. Warto go czytać.

    @ nameste

    Dzięki za miłe słowo.

    Kochanie, pomimo ledwie 5 lat w branży, to ja dysponuję już materiałem na ze dwie takie „Wycinki”. Uwierz. Ale – prawda. Potrzeba czasu, żeby to wszystko (obserwacje, podsłuchane dialogi, szokujące fakty, żenowe demonstracje) wyfermentowało w jakiś zacniejszy trunek. A zmierzwienie jest poteżne i jest powszechne.

  4. kolega Tetrix pisze:

    To ty ładuj tę kadź fermentacyjną i pilnuj, żeby ładnie bulgotało, a chyżo, bo jak nie, to po dwóch (bodaj) dotychczasowych przymiarkach jednak Anderman weźmie i wyleje jako swoje. Inna rzecz, że akurat on może jeszcze dałby radę powycinać na własny rachunek…