kosmos

Posted: 6th sierpień 2012 by Łukasz in transmisje

Dzięki temu, że mój blok sąsiaduje z ogrodami działkowymi, mogę się w ciepłe wiosenne noce napawać do woli dynamiką polskich imprez plenerowych. Jest czego posłuchać. Jest dobrze.

Otwarte okno, lampka. Sto metrów ode mnie właśnie zainaugurowano. Tradycyjnie, jak to u nas. Na początku lekki stresik, tłumione chichoty, ostentacyjna kurtuazja, którą reprezentuje tutaj słówko „ależ”. Na ucho z 10 osób różnych płci. Pęka pierwsza godzina. Już lepiej – luźniej i raz po raz „kurwa” ze świstem wznosi się ku niebu. To „kurwa” biesiadna, radosna, pokojowa, „kurwa” za którą niczym ogon ciągnie się śmiech, „kurwa” będąca racą, a nie salwą na otwarcie rozróby. Czuć mięsem w powietrzu. Dudnią sztućce. „Mogę poprosić o chlebek?” Powtórzone razy trzy oznacza, że u co poniektórych alkohol jął czynić psowania i przeciążać instalację. Teraz – Polska. Rząd to chuje, wszyscy chuje, podatki cisną, Smoleńsk, Mała Madzia, Euro, Smuda. Żarliwa polifonia, jeden przez drugiego. Faceci jako zjebani lajfem wojownicy i gorzcy mentorzy, panie – współczujące, serdeczne, czułe opoki. Tematy globalne zostają raptem wyparte przez te osobiste. Kto zaczął? Najpierw epickie demonstracje, fajeczka, znużony ton głosu, „wiesz, weszliśmy w to, wchodzimy w tym roku, może wejdą Ruskie, może Chińczycy”, potem – naprzemienne szarże, bo przecież nikt nie ma ochoty zostać w tyle. Grube marki aut, zamorskie kraje, spektakularne inwestycje, dynamiczne rynku wschodzące. Po „ale siadaj, siadaj” poznałem, że to, co się tam dzieje osiąga kulminację. „O co ci chodzi, to po chuj się czepiasz, było samemu to zrobić, tak, tak, zawsze jesteście najmądrzejsi, mnie nikt nie pomagał, sam się musiałem, kurwa, szarpać, wam zawsze było łatwiej, a co ty tam możesz wiedzieć”. Obstawiam, że to kobieca dłoń miłosiernie podkręciła muzykę – i co było do tej pory tłem stało się główną treścią. Radio, hity radiowe, sarin w dźwiękach. „Komu jeszcze herbatę?” Exitus się zaczął. Tak w sensie dosłownym, jak i towarzyskim. Bo w ludzkim języku odpowiedziały raptem ze trzy osoby. Tu i ówdzie ozwały się skowyty, bełkoty, narzecza tak wsobne, że nie sprosta im żaden słownik ni tłumacz. Taksówka, druga. Cześć gości jednak została. Z jęków, sapnięć i niezidentyfikowanych odgłosów świadczących o niemałym wysiłku fizycznym wniosłem, że organizowano tam właśnie jakiś rodzaj Grupy Laokoona. Długa, gęsta od znaczeń pauza. Wyszedłem na balkon. Milczenie jak ołów, mrok. Bite siedemnaście Celsjuszy. Czekałem. Dostałem to, na co czekałem. Czysta transcendencja, przejaw człowieczeństwa w niełatwych w końcu czasach obojętności, bólu i zatraty, pytanie z tych kluczowych, prymarnych.

–  Darek, te Dębowe to jeszcze są?

Nikt już nie odpowiedział. Ponad nami był kosmos.

  1. Agnieszka pisze:

    Kosmos… Odwykłam od polskich imprez plenerowych. Czasami uszy bombarduje mi sarin innych imprez – grillujących niemieckich o rosyjskich sąsiadów. Możnaby się pokusić o typologię piknikujących nacji. Są… różne. Jutro lecę do Polski, będę musiała przestawić percepcję na „kurwy”.

  2. dea pisze:

    umarłam już przy pierwszym zdaniu:-)
    ” Dzięki temu, że mój blok sąsia­duje z ogro­dami dział­ko­wymi, mogę się w cie­płe wio­senne noce napa­wać do woli dyna­miką pol­skich imprez ple­ne­ro­wych”
    i chciało by się dorzucić swój kamyczek: „O ja pierdole”