bernharda

Posted: 9th sierpień 2012 by Łukasz in transmisje

Kiedy się to stało, jechałem autobusem i czytałem Bernharda. Gdybym akurat czytał książkę innego pisarza, a nie właśnie Bernharda, którego czytałem, jadąc autobusem, kiedy się to stało, Pamuka, dajmy na to, albo Updike’a, albo Amosa Oza, i stałoby się to, co się stało, kiedy czytałem Bernharda, to może bym wówczas nie odebrał tego w taki sposób, w jaki odebrałem, a odebrałem boleśnie, osobiście i głęboko, bo on, Bernhard, którego czytałem, kiedy zaszło to, co zaszło, nadał temu, tej sytuacji, szczególnego tonu, takiego, jakiego z pewnością by nie nadał żaden inny pisarz, którego książkę mógłbym czytać w autobusie, bo w autobusach zwykłem czytać sporo, w domu, oczywiście, czytuję więcej, ale i w autobusach niemało, lecz Bernhard to Bernhard, Bernhard to nie Pamuk, Updike to nie Bernhard, Bernhard to nie Amos Oz, to nie Salman Rushdie, i gdybym nawet czytał któregoś z nich, Rushdiego, na przykład, gdybym czytał w autobusie, i by się stało to, co się stało, kiedy czytałem Bernharda, to by to, co się stało, może nie tyle, że by mnie nie obeszło, bo zawsze obchodzi nas to, co nas dotyka, ale na pewno by mnie to nie obeszło tak bardzo i nie dotknęło tak boleśnie, osobiście i głęboko, jak dotknęło i obeszło, kiedy stało się, co się stało, a ja akurat czytałem Bernharda, bo przez Bernharda, którego otwartą książkę trzymałem w dłoniach i czytałem w autobusie, kiedy się to stało, cała ta sytuacja, już i tak wystarczająco upokarzająca i nieprzyjemna, przestała być zwykłą sytuacją, w której się kogoś upokarza, a być zaczęła sytuacją, ni mniej, nie więcej, bernhardowską, tak, proszę państwa,  bernhardowską.

Jechałem autobusem i czytałem Bernharda, kiedy wsiadły one i się zaczęło. Siedziałem z przodu, za połową, przez co nie widziałem, co z tyłu, ale słyszałem. Zresztą trudno było nie usłyszeć. Bo jak tylko wsiadły, to jedna wybuchła śmiechem a druga beknęła. Nie pamiętam już teraz kolejności, bo może było i tak, że ten tubalny śmiech był reakcją na to tubalne beknięcie. Być może, nie pamiętam. Ale pamiętam, że efekt został osiągnięty. Pasażerowie raptem skarleli, zapadli się w sobie, przykleili do szyb, grali nieżywych. Ja czytałem Bernharda i wszystko słyszałem. One były za mną, stały tam, gdzie miejsce na kobietę z wózkiem. Albo na mężczyznę z wózkiem. Ale wtedy nie było tam żadnej kobiety z wózkiem, ani żadnego mężczyzny z wózkiem, ani żadnego wózka jako takiego, choćby i bez kobiety czy mężczyzny. Za to były tam one, jedna beknęła, druga zaczęła się śmiać, albo na odwrót, a może i równocześnie, nie pamiętam, po czym ta, co beknęła powiedziała do tej, co się śmiała, „Kaśka, daj tej koli, kurwa, bo mi samo nie przejdzie”.

Jechałem autobusem i czytałem Bernharda, kiedy mnie opluto. Może nawet i więcej. Może wręcz „obryzgano”? Tak, obryzgano mnie. Po tym jak ta, co beknęła poprosiła tę, co się śmiała o kolę, zapadła cisza. Kilkanaście sekund. Jechałem i czytałem Bernharda. Ta co beknęła, a potem poprosiła o kolę, musiała się nazbyt zachłannie za nią zabrać, łyki pewnie brała za głębokie, a i gaz w koli zrobił swoje, w żołądku jej się zagotowało, oddała. Wypluła przed siebie to, co miała w sobie. Poszła konkretna struga. Na podłogę, fotele, pasażerów, w tym i na mnie. Kark, plecy, prawe ucho i książka. Na książce Bernharda, którą czytałem, odkąd wsiadłem do tego autobusu, na jej białych zadrukowanych kartkach, pojawiły się brązowe plamy. Nie jak krew – jak kał. Zrozumiałem, że nie inaczej wygląda moja koszulka na plecach, kark i ucho. Zareagowałem, musiałem zareagować. Wprawdzie inni obryzgani, ta pani, ten pan, i tamta pani, nie reagowali, ale ja musiałem, nie umiałem inaczej, oni, ci wraz ze mną obryzgani, udawali, że nic to, drobiazg, może deszczyk, brązowawy, przetrzeć ręką, ale ja nie chciałem udawać, nie umiałem, nie mogłem, musiałem.

Tyle że jak się powie „a”, to trzeba powiedzieć i dalej. A ja się do nich odwróciłem i powiedziałem tylko „a”. Powiedziałem tylko „a”, bo patrząc na nie pojąłem, że więcej się nie da. Już „b” mi uwięzło w gardle, a gdzie tu myśleć o „k” czy „w”? Bo one stały tam, gdzie stały, i skąd ta, co wcześniej beknęła, a potem piła, bryznęła, głowa przy głowie, markując zmieszanie, milczące, złagodniałe, i trzęsły się z zadowolenia. Nastolatki, metal w brwiach, nad wargą, pokolorowane kosmyki w grzywkach, pstrokate ciuchy, małe cycki, grubawe, obie. Było po sprawie. Po tym, jak wyraziłem swoje oburzenie, zamilkłem. Dotarło do mnie, na szczęście prędko, że to tyle. Wiedziałem, jak i one wiedziały, i reszta, że nic im nie mogę zrobić. Że nie ma już takich słów i czynów. To była przykra lekcja. Bo oto mamy o sobie dobre mniemanie, żwawy intelekt, chyży język, koledzy nam prawią miłe zdania, koleżanki, rodzina się nami chwali, wierzymy, że dysponujemy siłą, intelektem, mamy pozycję, liczą się z nami, szacunek i te sprawy, a tymczasem takie dwie, Kaśka i ta druga, załatwiają nas w chwilę na cacy, jesteśmy nikim, niczym, można na nas napluć, na głowę nam oddać kolę w kolorze kału, sponiewierać w dowolny sposób, poniżyć, a my nawet nie miaukniemy. Kaśka, dławiając się ze śmiechu powiedziała mi, „przepraszam”, a ta druga, to co beknęła, a potem piła, a następnie mnie obryzgała, nie powiedziała nic, ani słowa. Dopiero jak obie wysiadały, a wysiadły dosłownie minutę po tym zajściu, to ta, co najpierw przy wsiadaniu beknęła, a potem piła kolę, a następnie mnie tą kolą obryzgała i po obryzganiu, i moim marsowym spojrzeniu, które było następstwem mojej gwałtownej reakcji, energicznego odwrócenia się do nich, nie zdobyła się nawet i na to udawane, obrzydliwe, nędzne „przepraszam”, na które zdobyła się Kaśka, powiedziała do Kaśki, „muszę to przetestować na kanarach, działa”. Czytałem Bernharda, autobus jechał, stało się. W domu zastanawiałem się, czy szybko o tym wszystkim zapomnę i czy da się sprać te plamy. G. odpowiedziała mi, nie wiedząc, że zarazem odpowiada i na to, i na to: „przecież to nie puści”.

  1. kolega Tetrix pisze:

    Gdybyś miast Bernharda jechał z bern(h)ardynem, mógłbyś je tytułem wzajemności obryzgać koniakiem. Ale to wszystko jednak esprit d’escalier.

  2. Ale czy nie byłoby tak, że gdyby nie Bernharda Pan, ale Oza Pamuka Updike’a, toby Pan nawet „a” nie powiedział? I czy mimo wszystko nie lepiej powiedzieć tylko „a” niż nie powiedzieć nic?
    Ale straszna historia. I pomyśleć, że mnie kiedyś za Bernharda ustąpiono miejsca w tramwaju. Dziewczyna spojrzała od spodu na okładkę i zapytała, czy chcę usiąść. „Proszę, proszę, bo pani czyta, a ja i tak zaraz wysiadam”.

  3. bumbo pisze:

    sam na siebie sobą rzygam za to rzygowe porównanie, lecz tak bardzo chcę rzygnąć, że to uczynię, otóż gdyby B był Burialem, byłbyś Skrillexem

  4. Łukasz pisze:

    @ bumbo

    Hmm… czy to dobrze dla mnie czy źle? Chyba źle, bo Buriala wszyscy czczą. Zatem – smuteczek.