Projekt handlu kabardyńskimi końmi

Posted: 11th sierpień 2012 by Łukasz in biblioteka

Co za dużo, to niezdrowo. Jedna z tych starych prawd, które zawsze i każdemu się sprawdzają. Ze mną nie było inaczej. Przez ostatni pół roku pochłonąłem kilkadziesiąt książek o podróżach i dalekich stronach. Może z 50. 60? Nie będę liczył. Za to uszczegółowię – kilka z nich aliści traktowało o naszej okolicy, o Polsce. Były to rzeczy najróżniejszego sortu, gabarytu i gatunku. I zewsząd. Te 50 czy 60 tytułów. Reportaże z Afryki, Afganistanu i Ameryki Południowej, najdziksze diariusze z pustyń i pamp, oschłe relacje z ekspedycji na biegun, dostojne podróżopisarstwo anglosaskie, opisy włóczęg, rajdów i pielgrzymek po hiperborejskich pustaciach, przez wrzący busz, do zdrojów mocy, eseje o sztuce kulturalnej jazdy z miejsca na miejsce, szkice o pociągach i hotelach, itineraria, na marginesach których ich autorzy, ci mrukliwi panowie w średnim wieku i w okularach, dawali upust swojej niewierze w porządek kosmosu, więzi międzyludzkie, literaturę.

Za dużo – i w nazbyt krótkim czasie. Te 50 czy 60 historii skonsumowanych przeze mnie od lutego do sierpnia, już to w ramach obowiązków służbowych, już to dla własnej przyjemności, bo jako osoba-bryła i człowiek stacjonarny lubię sobie poczytać o tym, jak się inny ktoś poci na Atakamie czy drętwieje na szlaku do Norylska, to była jednak przesada. A konsekwencją tejże – cofka na samą myśl o kolejnej wyprawie do lub raporcie z.

Lecz nudziło mnie i podchodziło do gardła nie tylko z powodu tego nadmiaru vel przesytu. Nie samą ilością sobie zaszkodziłem. Bo gdyby tak – to pół biedy. Miesiąc, dwa, abstynencji, i szlus. Można dalej. Nie, gorzej. Te 50 czy 60 książek o podróżowaniu i najdalszych stronach, a kto wie, może wręcz i ze 70, bo gdybym je tak jednak policzył, to, kto wie, czy się nie z 70 uskłada lub coś koło tego, uzmysłowiło mi, że w tego rodzaju pisaniu jest sporo fałszu i nabierania gości. Taka konstatacja. W każdym pisaniu jest. Ale w pisaniu o stronach i podróżach, to jakoś zgrzytliwiej wypada. Nie u każdego spośród nich, spośród literatów w trasie, oczywiście, dajmy na to, że nawet i nie u większości, ale jednak, bądźmy poważni, u wielu. Tak, u wielu. Rozczarowanie pewnie stąd się bierze – i o takiej skali – że jak zasiadam do prozy artystycznej, dzienników czy autobiografii, to wiem, iż to blaga i kreacja. A jak biorę do ręki reportaż – albo książkę o podróżach i dalekich stronach – to spodziewam się (spodziewałem się) wiarygodnego zapisu i szczerego wyznania, spowiedzi z wrażeń, emocji i refleksji w stosunku 1:1, osadu z oka.

A tu czytam i czytam i im więcej czytam, im dłużej, tym mocniej mnie oskoma kole, by zamknąć i krzyknąć: chłopaki, dziewczyny, bez takich, proszę! Nie wierzę wam, nie uwierzę. Nie kupicie mnie tym swoim przekazem, że tylko tam jest dobrze i godnie, gdzie brudno, nędznie i z robakami. Skumać nie mogę, skąd się biorą te wszystkie ochy i achy, gdy ma się do czynienia z czyjąś biedną egzystencją na obrzeżach cywilizacji i zasięgu gsm. A takie coś mnie się wmawia w co drugiej książce o stronach i podróżach. Prawdziwi ludzie to ci rubaszni, bezceremonialni i surowi. Poorane twarze, sękate dłonie. Mile widziane są także pasożyty skóry, krzywo zrośnięte złamania kości, niedowaga i analfabetyzm. Fetyszem fachowców od dalekich podróży i stron jest prostota. Będąca obiektem czci i serum na te najzjadliwsze trucizny nowoczesności – Internet, popkulturę i Britney. Tak, tak. Niewyszukane rozkosze, nagi byt. Bo nie ma to jak się sztachnąć wyziewem spod czyjejś pachy w pociągu relacji Timisoara-Bukareszt, posiedzieć na ławeczce obok owrzodzonej stopy uśmiechniętego Hindusa, zaliczyć transcendentalną wódeczkę z bezzębnym weteranem na Kamczatce, łyknąć ciepłego jeszcze kumysu i rześko się wypróżniać w kongijskich chaszczach. Tylko to się liczy, tylko po to się warto w ogóle dokądkolwiek wyprawiać! Za łatwo, kochani, za  łatwo. Doskonale, od samego początku, wiecie, że ujdziecie cało z tego safari. Jedziecie tam po coś i z tym czymś wracacie. Nie wierzę, że zstępują tam na was ekstazy, że dygoczecie tam od seryjnych afirmacji. To wszystko jest papier, plastik i płyn z mózgu, który odciągacie sobie strzykawką już w domu, po powrocie, w fotelu, i sprzedajecie później w buteleczkach. Te 50 czy 60, a może i ze 70, gdybym je wszystkie uczciwie porachował, książek o wojażach i odległych stronach, które poznałem między lutym a sierpniem, mi to uświadomiło.

Dlatego z taką uciechą, że można jednak inaczej, uczciwie, i z narastającym w miarę postępów lektury szacunkiem dla pióra, wiedzy i mądrości autora przeczytałem wczoraj „Projekt handlu kabardyńskimi końmi” Krzysztofa Środy. Skromna objętościowo książka, zwięzła. Ale nie ulegajcie pozorom. „Projekt handlu kabardyńskimi końmi” to przenikliwy traktat filozoficzny w najczystszej postaci. Wykład o pamięci i świetle, przemijaniu widzialnego świata. Narracja o podróżach i o nie-podróżach – podróżach zaniechanych, w planach, podróżach niemożliwych. Bo Środa jedzie i nie jedzie. Kaukaz, Kreta, ciut Ukrainy, Litwy, trochę Polski. Najczęściej jednak obserwuje, przypomina sobie to co już kiedyś sobie zaobserwował i pisze. Bez zadęcia, z ironią, która kładzie na łopatki patos innych, tych od efekciarskich wycieczek i stron. „Projekt handlu kabardyńskimi końmi” jest opowieścią o nierealnym interesie życia i realnym życiu. Jest również i epitafium dla teściowej Heńka – ale nie tego, co wieszczył pogodę na podstawie snów o rybach, ale tego drugiego. Właściwie pierwszego.

  1. kolega Tetrix pisze:

    A ja przez ciebie Thubrona kupiłem, ty… tyyyyyyyy…

  2. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix

    Przecież Thubron jest w porządku. I jako pisarz, i jako podróżnik. Skromny, z wyczuciem. Słowa nie powiem. Jego najbardziej zajmuje to, co się ostało z niegdysiejszych wspaniałości, imperiów, budowli. A nie jakieś doraźne transgresje i epifanie.

  3. tajna pisze:

    Cejrowski też tam powinien osiąść na stałe!:))) gdzie brudno, nie ma gsm i gdzie tak fajnie:)

  4. tajna pisze:

    Choć Stasiuk mnie ujął dwie swoimi książkami, może tymi lokalnymi nalewkami i odchodzącymi powoli w niebyt lokalnymi monetami?

  5. tajna pisze:

    A czytałeś może trylogię Melchiora Wańkowicza o podróży po USA? Jakiś czas temu zakupiłem na allegro, na razie leży na półce, ale chyba to będzie „przednia” lektura:) Facet umiał pisać. Króli i oceany, Atlantyk – Pacyfik, W pępku Ameryki. Ty też umiesz pisać!:)

  6. Łukasz pisze:

    @ tajna

    Ale mnie nie o to chodzi, żeby ganić jakieś konkretne tytuły konkretnych autorów. Nie. Zauważam tylko pewien trend/modę – tam dobrze, gdzie biednie, głucho, gdzie nicość hula. I albo to promieniuje na tych, co nie piszą, albo na odwrót. Bo wielu moich znajomych jedzie, na przykład, do Rumunii, śpi tam na glebie w jakimś obskurnym czymś, jada marnie, strzela sobie foty na tle kurnika i potem wraca z triumfujaca miną a’la „doświadczylim abolutu”.

    Tego Wankowicza nie czytałem.

  7. Aleksandra pisze:

    Mit dobrego/szlachetnego dzikusa powraca/zawsze aktualny?

  8. Łukasz pisze:

    @ Aleksandra

    Ale też i mit określonego typu miejsc. Ugory, pustki, wioseczki etc. Jak imponujący zabytek gdzieś się w dobrej kondycji ostał, to już nie, wstydno.

  9. maggers pisze:

    Zachwycaja sie, bo taki „trynd” na misje martyne i podroze w nieznane..a znajomych przeciez coraz trudniej czyms zaskoczyc.. ale w cale to podroznicze doswiaczenie jest wpisany powrot, wiec latwo sie zachwycac brakiem cywilizacji z pozycji wlasciciela czystej poscieli i lazienki, do ktorej predzej czy pozniej sie wraca. A ilosc lajkow na fejsie- bezcenna;). Niezmiernie trafny felieton, ja razie pod urokiem Paula Theroux, on wydaje sie przytomny i nie pieje z zachytu np. nad bieda i przeludnieniem Indii..pozdrawiam.

  10. tajna pisze:

    Za czasów Wańkowicza, głębokiego PRL-u trend na pewno był zgoła inny, unurzać się owszem, ale w luksusie:)