Q.

Posted: 28th Listopad 2010 by Łukasz in biblioteka

Przeczytałem najnowszą powieść Haruki Murakamiego, „1Q84”, i nie czuję się z tym zbyt dobrze. W tym sęk, że i nie czuję się też nadto źle. Krótko mówiąc – konflikt tragiczny.

Bo z nim – z Murakamim – jest jak z byłą dziewczyną. Która pewnego dnia staje nagle przed tobą i bardziej upewnia się niż pyta: zagramy? Ma nowe nieużywane włosy, oryginalne hobby i kilka świeżych wyuzdanych skilli za pazuchą. Na tyle frapujących, że wolisz nie zgadywać, gdzie je nabyła. Po miesiącu usług i uprzejmości odkrywasz jednak z przerażeniem, że to ta sama osoba co kiedyś. Łapiesz się na tym, że uczestniczysz w sytuacjach, w których brałeś już udział, toczysz te same rzeźnickie boje o nic, automatycznie  wypowiadasz stare kwestie – niczym weteran małomiasteczkowej sceny, tłukący dla szkolnej dziczy enty spektakl „Odprawy posłów greckich”.

Powyższa koślawa alegoria odtwarza moje kontakty z Murakamim. Wpierw seria rozczarowań, a w rezultacie kilkuletnia absencja nippońskiego prozaika na podołku, potem frajda wywołana „Kafką nad morzem”, wreszcie – lektura „1Q84”.

Która to powieść napędzi z pewności niejedną nową turbinę w przemyśle nienawiści zawziętych oponentów Murakamiego. Bo Murakami sam ładuje im kule do magazynku, robi sobie czerwoną farbą krzyżyk na czole i czeka. Kiczowaty światek metafor, w którym księżyc walczy o lepsze z nurtem rzeki, a nurt uderza w skałę, a skała rozsypuje się w pył i daje się nieść wiatrom. Sporo taniego psychologizowania. Drętwe wywody o muzyce klasycznej. Ograny chwyt fabularny z mitycznym spotkaniem bohaterów w dzieciństwie, rozłąką i mozolnym intuicyjnym lgnięciem ku sobie. Postać o właściwościach autystycznych pełniąca funkcję medium wielorazowego użytku. Sceny erotyczne jak spod pióra prawicowego publicysty – jednego z tych skwaszonych gości, którzy na chwilę wysuwają z dłoni dymiącą od zaangażowania redakcyjną klawę, by na domowym lapku napisać z radością i ulgą: „włożył jej penis”.

Nie wiem, czy Murakami nie umie, czy też nie chce wyjść poza pewne schematy i rozwiązania, które ostentacyjnie stosuje w nieomal każdej ze swoich powieści. Albo nie potrafi ich przekroczyć, albo uznał, że wypracował sobie model idealny i teraz bardziej skupia się na tym w co ów model przyobleka niż na malkontentach wypominających mu wtórność i wygodne chodzenie po własnych śladach. Jego tajemnica, nasz ból.

Mimo tego, cała opowieść buja się bardzo dobrze. Zwłaszcza wtedy, gdy Murakami odpuszcza sobie rutyniarskie myki i wpuszcza nieco świeżego fermentu. Dzieje się tak na przykład w przypadku jednego z dwojga protagonistów. Tengo nie jest na szczęście zglątwiałym pracownikiem biurowym, od którego odeszła żona (ulubiona figura Murakamiego z poprzednich powieści), ale pisarzem, który otrzymuje niezwykłe zlecenie: ma poprawić tekst siedemnastoletniej Fukaeri, cudownego dziecka literatury japońskiej. Jej „Powietrzna poczwarka” jest genialna w treści, ale mocno ułomna w formie. Tengo skwapliwie zabiera się za robotę, a zadzierzgnięta przy tej okazji znajomość z samą autorką, dziwną, odklejoną osobą, sprawiającą wrażenie nierozgarniętej kosmitki, otworzy przed nim wejście do fascynującego i niebezpiecznego świata sekt, przemocy i politycznych spisków. Aomame natomiast to więcej niż druga główna bohaterka – to superbohaterka, która w imię społecznej vendetty wymierza sprawiedliwość złym facetom – gwałcicielom i miłośnikom przemocy domowej. Likwiduje ich za pomocą igły wbijanej w kark. W przerwach między anihilacjami dziarsko korzysta z możliwości jakie daje wolna miłość i wespół ze swoja kumpelą od kieliszka, biseksualną policjantką, zalicza kolejnych bywalców barów dla samotnych. Ponadto z narastającą zgrozą i ciekawością odkrywa, że funkcjonuje w dwóch równoległych rzeczywistościach – w prawdziwym roku 1984 i tym 1Q84, przesuniętym, alternatywnym, będącym rozbudowanym mrocznym wariantem.

I cóż mam począć ja, wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie i zalogowany? Są przecież obywatelskie obowiązki i niepisane zasady chłopaków, w imię których powinienem teraz oklepać zadek Murakamiego solidną porcją razów i koneserów, fanów Pynchona i ulubione koleżanki odwodzić od kilkugodzinnej sesji z „1Q84”. Ale jak przy tym zmilczeć, że te dwa wieczory spędzone w towarzystwie Aomame i Tengo były po prostu przyjemnością z gatunku pierwotnych – atawistyczną radochą z przewracania kartek, ważenia w dłoniach tomu ciężkiego jak Koran i pałaszowania kalorycznej perwersyjnej bajki?

  1. kolega Tetrix pisze:

    Mnie tam przede wszystkim nasi zaimponowali, bo wydali „1Q84” przed Anglosasami i Rosjanami. Co, z drugiej strony, rodzi namysł nad jakością wydania (acz z trzeciej gwarantuje, że to nie retranslacja), ale skoro nie narzekałeś, raczej jest dobrze?

  2. mrw pisze:

    Herr Murakami, pozwolę sobie na komcia od czapy, robi zło światu pisząc o mężczyznach-bucach, z którymi utożsamiają się potem reallife’owi buce, robiąc sobie wymówkę dla swojej bucowatości mając piękną literacką podkładkę.

  3. kolega Tetrix pisze:

    A to nie był Mickey Spillane, Bukowski, czy Frank Miller? Also, prawdziwy buc podkładki się nie boi. Czy coś.

  4. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix

    Czyta się dobrze, fraza płynna, etc. Ale widac, że się MUZIE very spieszyło, bo sporo wpadek korektorskich. A wcześniej u nich tego nie było – nawet jak robili sute skomplikowane teksty typu Nabokov czy Bolano.

    @ mrw

    Ale o jaki rodzaj bucowatości się tobie rozchodzi? Taki jak sugeruje Tetrix? Bo jak tak, to tego nie znajduję u Murakamiego. [W „1Q84” trafiają się twarde chujki, ale sa od razu piętnowani przez autora i utylizowani przez Aomame.] W ksiażkach jego autorstwa, które dotąd przeczytałem faceci to zawsze takie smętne sieroty/pierdoły, od których odeszła żona, wylali ich z roboty, a oni postanowili zailimunować sobie o poranku przy herbacie. Daleko Murakamiemu do naszych rodzimych macho-literatów.

  5. Barts pisze:

    I w końcu przez Twoje recenzję wezmę się za tego Murakamiego, a obiecywałem sobie, że nie będę czytał powieści nad którymi rozwodzą się laski w swetrach pozujące na intelektualistki. Hrrrumpf.

  6. Łukasz pisze:

    @ Barts

    Bartku, ale żeby nie było potem na mnie. Zażyj sobie może na poczatek „Kafkę nad morzem”. I zobaczysz jak podziała. Nic na siłę. No i na pewno nie serią – ze kilka powieści H.M. pod rząd. Ja po „1Q84” czytam sobie najnowszego Carvera i jest very git.

  7. beatrix pisze:

    Trafiłam tu i zostałam zatopiona :) Dużo znajmych rzeczy znalazłam ( Wolf Hall wydali po polsku dowiedziłałam się, to przednio!) i za tą przyczyną nabyłam dziś „Kafkę nad morzem”. Od Murakamiego dotychczas uciekałam, bo mnie na ogół przeraża półka księgarska wypelniona wieloma dziełami jednego autora wydanymi w niewielkich od siebie odstępach czasu, chyba że jest to seria kryminałów o charakterze noir z interesującym policjantem w roli głównej (private eye może też być, ale z historią). No, zobaczymy. Z góry zwalniam Cię z odpowiedzialności, samam sobie winna, że po sieci się szwendam :)

  8. Łukasz pisze:

    @ beatrix

    Wpadaj jak najczęściej. Ewentualne rozczarowanie „Kafką nad morzem” będę refundował kolejnymi ekstatycznymi notkami. :)