O czym piszę, kiedy piszę o Carverze

Posted: 1st Grudzień 2010 by Łukasz in biblioteka

Zima w mieście, feerie w domu. Jako że poranek okazał się porankiem po apokalipsie – śnieg pod blokiem, śnieg na ulicach, śnieg na placu Kilińskiego – nie dojechałem na zakład i wróciłem do siebie. Wróciłem lżejszy o kilkanaście stopni Celsjusza, ale za to ubogacony wiedzą na temat nawyków żywieniowych rodaków i jakości ich szkliwa. Bracia i siostry, w kontekście wspólnej podróży w zatłoczonym do oporu autobusie, naprawdę nie godzi się zaczynać dnia od kombinacji ryb i surowych warzyw. To barbarzyńskie i zapewne podpada jakiejś helweckiej konwencji. Jak uda mi się kiedyś z kolegami przejąć władzę w tym kraju, to zamiast po bożemu wznosić szafoty i zamieniać kościoły na biblioteki zaczniemy budowę nowego społeczeństwa od wydania edyktu o zakazie konsumpcji śledzi i cebuli przed godziną 13.

W pieleszach oddałem się leniwej twórczej degenerze. To najlepszy z moich pomysłów na zagospodarowanie bonusowych godzin. Wyłączyć telefon, włączyć Waitsa. Legnąć na koju, koić się literaturą. Anulować w sobie innych. Na karteczki nanosić zdania z nienapisanych akapitów nienapisanej powieści. Nie otwierać maili.

Z aurą powolnej klęski żywiołowej doskonale mi się zakomponowała „Katedra” Raymonda Carvera. Carver – wiadomo: mistrz.

On w tej książce pisze o Polakach. O moich znajomych i znajomych moich rodziców. Te niedobrane pary, mężczyźni i kobiety, którzy garną się do siebie z niewiadomo jakiego powodu i po co, skoro przecież i tak się nie lubią. Toksyczne małżeństwa, zaburzone związki, zgorzkniałe miłości. Smutne zwierzęta, które bez mrugnięcia łykną każdy fałsz, byle tylko w samotności nie oglądać telewizji i w pojedynkę nie dostawać batów od losu. Byle mieć na stałe kogoś, kto też ma źle. Nieszczęśnicy wrzuceni w świat, w którym jedynym wyjątkiem od nudy i znoju jest piątkowa najebka, albo rżniątko na boku z koleżanką z pracy. Życie polegające na nieustannych kłopotach z kasą, urządzaniu tymczasowych mieszkań, obrywaniu od buca i udawaniu, że znosi się to wszystko w imię rychłej zmiany, formującej się za horyzontem szansy, blasku, który dojrzewa w innym lepszym wymiarze i już za chwilę zwali się kaskadą. Ale się nie zwala. Za to sztuką i najbardziej wymagającą próbą okazuje się ułożenie sobie jako takiego kontinuum banalnych spraw, uczuć, osób. Już samo podjęcie takiego wysiłku jest wyczynem. Bo w finale nie ma co liczyć na nic więcej ponad cierpką świadomość tego, co zakładali już dawno ci szczerzy spośród filozofów i reprezentantów trip-hopu: ludzie to grzyb na siłę przeszczepiony na litą glebę obcej przypadkowej planety.

„Katedra” to zbiór 12 opowiadań. Tym szczególniejszych, że nie naznaczonych – o czym w posłowiu informuje tłumacz, Jerzy Jarniewicz – redaktorską ingerencją Gordona Lisha, przyjaciela Carvera, który jego wcześniejsze utwory przerabiał po swojemu, zadawał im radykalną liposukcję, przemontowywał, nazywał – i był w istocie ojcem słynnego carverowskiego minimalizmu. Lecz ów tuzin czarnych kawałków jest tak dobry i tak bardzo podnosi poziom depresji we krwi, że wszelkie dywagacje o lepszości lub gorszości Carvera z i bez skalpelu Lisha są jałowe, niepotrzebne, polonistyczne.

Bo taka na przykład „Drobna przyjemność” jest mistrzowska i tłucze serce zarówno jako „Drobna przyjemność” z „Katedry”, jak i „Kąpiel” z „O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości”. Przeczytajcie ją w jasny zimowy dzień i niech wasza ironia, nihilizm i triki twardzieli będą z wami, gdy dojedziecie do końca.

  1. gość pisze:

    WIELKIE TAK. za Carvera w ogólności i za ostatni akapit.