Justyna session

Posted: 18th Grudzień 2010 by Łukasz in socjeta

Byłem na wieczorze poetyckim. Wieczory poetyckie należy zlikwidować. Jak sami nie damy rady, to poczekajmy na jakichś skośnookich najeźdźców, którzy wyjdą z mgły 11, powiedzmy, listopada 2017 roku i zaprowadzą nowy porządek: ciastka z kotów, matura z foot sex, zakaz zgromadzeń masowych, na których czyta się wiersze. Naprawdę – dość. Mizerykordia w łapkę i ciach. Tako rzecze Baudrillard: lepiej umrzeć, niż się bez końca kompromitować.

Może jeszcze to i wypala na większych bachicznych iwentach, na których rapuje Szymborska, Świetlicki działa z rockowym suportem, Jerzy Illg robi za medium i łączy się z Miłoszem, który z litewskojęzycznych niebios zsyła haiku o uciechach z aniołami i przepis na zeppeliny. Ale tak, w dzień powszedni, gdy zima za oknem, to już, proszę państwa, nie. Bardzo nie.

W minioną środę, nie bacząc na dwucyfrowy mróz i ogólną marskość rzeczywistości, wybrałem się do Łódzkiego Domu Kultury na spotkanie autorskie poetek. Z których jedna się nazywa Bargielska, a druga też ma nazwisko, ale nie będę zaprzątał nim waszej uwagi, bo nie ma po co. Ta druga czytała swoje erotyki – tak erotyczne, że mocniejsza aura wyuzdania i swawoli bije z oblicza Józefa Glempa. Wiec rozumiecie. W ogóle – w trakcie wystąpienia tej pani wytworzyła się na sali tak dołująca i muląca energia, że gdybym nie był tłustym blogerem o dużym sercu a tylko jakimś mikrym włochatym ssakiem, nie wiem, kurwa, popielicą, dajmy na to, to bym uznał brzmienie jej głosu za sygnał otwarcia nowego sezonu hibernacyjnego.

Rozglądałem się dyskretnie wokół i myślałem, horror, horror. Dwadzieścia osób – minus autorki, minus prowadzący, minus facio od konsoli, minus żeńskie duo od sprzedaży tomików, minus ja. Frekwencja jak na pogrzebie polityka niższego szczebla, który, nim zwisł na własnym stryszku, rozjechał wycieczkę przedszkolaków. Czyli ci, co muszą i kilku amatorów perwersji.

Zjawił się też lokalny kosmita, imię jego Henryk, który wypowiadał się jak rzecznik istot z Syriusza, a wyglądał – słuszna zaczeska, broda, szarobure tekstylia – niczym dorosła sierota po nadwiślańskim futuryście z międzywojennej belle epoque, którego zlikwidował Soso. Wparował na rześkiej nucie i mimo dwudziestominutowego spóźnienia był wielce zdziwiony, że zaczęto bez niego. „Tramwaje nie jeżdżą” – walnął od progu na cały regulator. Potem też nie odpuszczał. Pierdolił strasznie od czapy, rechotał sam do siebie i prosił o liryki będące ciszą. W sumie – najbardziej afirmujący odbiorca imprezy.

Justyna Bargielska to z kolei inna jakość. Czaszka kota i jasne buty emu na nogach. Azja w kościach policzkowych. Splot najpiękniejszych niekonsekwencji: pobudzona i autystyczna, potulna i wlepiająca baty na prawo i lewo. Naprzeciw niej – konferansjer. Wypisz wymaluj pracownik kultury z taniej kabaretowej satyry: wymięty garniturek, żenujące pytania, rozpacz w oczach. Jego rozmowa z Justyną przypominała pojedynek Muhammada Ali z Piotrem Kraśko. Kiedy było po wszystkim, miała pełne prawo nachylić się nad nim i powiedzieć: „I am the greatest”.

Jakie to wszystko było chude! O, kurwa, mamo! To proscenium, te zrolowane bordo kotarki na flankach, ususzony bukiet w wazonie, gasnące mikrofony, puste krzesła. Brakowało tylko fortepianu i szarfy w tle z napisem „Per aspera ad astra”. Publika wprawiała się w marazmie. Przetykanym co i rusz gongami komórek, chrząkami, śmichami-chichami, zrzucaniem żużlu z płuc do chusteczek. Nie jestem pewien, co tu zostało sponiewierane, ale coś na pewno.

Set Justyny tylko mnie utwierdził w przekonaniu, że przyszłość wieczornic, publicznych randek z Apollinem i tego całego grupowego uprawiania poezji jest mroczna i marna. Na co wam to? Lepiej od razu przerzucić się na nowoczesne środki przekazu emocji. Czytać w pojedynkę, a potem czatować z matkami podmiotów lirycznych. Urządzać lap dance z muzami przez skype. Siać wlepkami. Co bardziej udatne wersy nanosić na mury. Przejąć radiowęzeł w Realu i miast świątecznych hiciaków wtłaczać katolikom do uszu Honeta, Bargielską, Dyckiego. To idealny podkład do bożonarodzeniowej sadozabawy w podduszanie karpia. Oby folii nie zbrakło.    

Justyna wskoczyła do pociągu i pomknęła oblodzonym składem do Warszawy. Ja wracałem do siebie tramwajem i czytałem „Dwa fiaty”. Już tak mam, że czytam Justynę w 16.

Istnieje takie alternatywne combo przestrzeni i czasu, które tym się różni od naszego, że nie zaludniają go krajowi parlamentarzyści i kibole, w nim Zbigniew Hołdys nigdy się nie narodził, nikt nie wymyślił szafiarskich blogów i nie zbudował mieszczańskiego Krakowa. W zamian ulice omiatają ciepłe pasaty, na trawnikach czezną papaje. Tutaj ja i Justyna spędzamy ze sobą dużo czasu. Pielęgnujemy zwierzęta – mamy wspólnego chłopca, albo lamę, albo akwarium kipiące od samczyków. Na zmianę uczęszczamy na promocje. Ona traktuje mnie jak brata, a ja ją trochę lepiej. Razem użytkujemy ciekawe fobie, odkręcone kurki, inteligentne bakterie. Sypiamy osobno. W letnie popołudnia rozwijamy w sobie łagodną paranoję: stojąc na balkonie obserwujemy jak na polskim niebie formują się chemitrails. Ty mówisz, że w ich układach znać niemiecką robotę, ja twierdzę wręcz przeciwnie – po nieregularnych zygzakach poznaję, że to od Ruskich.

  1. kolega Tetrix pisze:

    Miałem cichą nadzieję, że Nagroda Literacka Gdynia stanie się początkiem końca wieczorków poetyckich – 50 koła do wyjęcia, a laureat może być tylko jeden, ja tu widzę potencjał dla serii tajemniczych zgonów elementu lirycznego. Ale nie, kurwa. Najwyraźniej dla poety „przejść do czynów” znaczy „pójść do punktu ksero i dokonać powielenia dorobku w dwudziestu egzemplarzach, na pewno rodzina i znajomi się ucieszą.”
    Also: wy bydlaki, adwokaci-fraszkotwórcy, wiedzcie, dół jest już wykopany, wapno puszcza bąble.

  2. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix

    Kochany, a ty wiesz ilu jest poetów i poetek w Polsce? No mrowie. A taka Gdynia tylko jednemu daje lajka. To wzmaga oskomę. Że, panie, wreszcie nas poważnie traktują, priks jak się patrzy, piszmy zatem piszmy.

    Mnie zastanawia jedno. Czy taki Włodzimierz Maślanka, autor 3 tomików poetyckich, w tym „Szmeru obu komór”, wie, że coś jest nie tak z odbiorem jego dzieła i tylko nie wychodzi z roli barda w trakcie spotkania, na którym jest 6 osób, z czego 4 z obsługi? Czy po prostu to jest większość person na grubszym halunie, którzy naprawde wierzą, że te zgonione jako publika bibliotekarki, nauczycielki, studentki, dźwiekowcy są ich oddanymi grupies?

  3. kolega Tetrix pisze:

    Może masz rację, może faktycznie powodem bezkrwawego procesu eliminacji do NLGdyni jest mentalna konstrukcja monterów tomików? Prawdziwy poeta wie wszak, że jest bezkonkurencyjny, jedyny TRVE jak black metal z Goeteborga, a inni piszą w próżnych próbach dorównania mu albo by połechtać naśladownictwem. Stąd brałaby się circlejerkowa atmosfera wieczornic (zagadnienie, czy czarny golf jest metaforą napletka, zostawię sobie na później. Bądź oddam w dobre ręce).

  4. bez_portretu pisze:

    a juz myslalam, ze bedzie o de sade. chociaz po chwili namyslu moznaby pokusic sie o znalezienie kilku paralel ;)