Zombie się rodzi, mózg truchleje

Posted: 25th Grudzień 2010 by Łukasz in biblioteka

Już sam początek jest intrygujący:

„Zacząć należy od tego, że Marley był martwy. Martwy przez jakieś dziesięć minut – później znowu był na nogach.”

Ów Marley, po skonsumowaniu płatów gąbczastych u duchownego, urzędnika i grabarza, tria profesjonalistów, które miało oficjalnie zatwierdzić jego zgon, udaje się, bynajmniej nie w przyjacielskich zamiarach, do Ebeneezera Scrooge’a, oschłego nieprzyjemnego typa, dusigrosza i fetyszysty, którego jednak nie nakręcają karlice, podwiązki, lejące się fałdki tłuszczu, ale kapitał. Kumulacja kapitału – ocieranie się z dreszczem seksualnej ekscytacji na grzbiecie o sztaby i banknoty. Poznajecie? No tak. To „Opowieść wigilijna” Dickensa. Tyle że genetycznie i gruntownie zmodyfikowana przez Adama Robertsa, który w uniwersalne story o transmutacji charakteru wpuścił sporo nieświeżego mięsa człapiącego na dwóch nogach i monitującego o mózgi. Wiktoriański Londyn, bożonarodzeniowa zima. Zagęszczona atmosfera paniki wywołana plotkami o dziwnej i przerażającej infekcji, która zmienia poczciwych obywateli w monstra łaknące za wszelką cenę odkapslować czaszki swoich ziomków. Scrooge na własnej skórze przekonuje się jednak, że to nie tanie sensacje najniższych warstw społecznych, ale prawda. Marley to pierwszy, ale nie jedyny przypadek zombie, z którym przyjedzie mu się zmierzyć. Nieumarli przejęli stolicę. Więcej nawet – ruszają na kontynent.

„Opowieść zombilijna” Adama Robertsa to czysta rozrywka. Lektura na dwie, trzy godziny, dzięki którym zresetujecie sobie wnętrze i nastroicie się na literacki absurd. Panu autorowi wychodzi raz lepiej raz gorzej, ale królowa Wiktoria pierzchająca przed zombiakami, czy Kuba Rozpruwacz zneutralizowany i spożyty przez prostytutki to kawałki warte grzechu.

  1. kolega Tetrix pisze:

    Nic nie poradzę – Roberts mnie wkurwia. A włączeniem się w nurt „…and Zombies” tylko mnie w tej opinii umocnił.

  2. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix

    Luz. Ja tam o Robertsa szat tetrixowych szarpał nie będę. Mam jeszcze tego jego esefa o Stalinie i Marsjanach, więc zobaczę jak to mu idzie. Śmialkowskiego muszę wreszcie przeczytać, to sobie wyrobię ogląd czy zombiaki dobrze się czują w klimacie środkowoeuropejskim. :)

  3. kolega Tetrix pisze:

    Mam przeświadczenie graniczące z pewnością, że odnośnie tego, jak tam by się wiodło zombersom w naszych długościach i szerokościach geograficznych, pod każdym względem lepiej jest minąć Śmiałkowskiego i zaznajomić się z „World War Z” Brooksa. Naturalnie, YMMV.