2010, Mission Accomplished

Posted: 29th Grudzień 2010 by Łukasz in demo emo

Tłuściutki rok, nie można powiedzieć. Oby więcej takich. Czuję, że wreszcie, po latach obrywania bęcków i boksowania się z bucami, jakieś dobroduszne bóstwo o niezdefiniowanej płci zaczęło o mnie dbać i układać mi życie w serię przyjęć-niespodzianek.

W końcu pożegnałem swój Bruklyn i teraz o poranku nie sztacham się już miazmatami łódzkiego przedmieścia, wyrafinowanym sarinem, którym ciągnie od całodobowych met i zwykłym stenczem jaki powstaje w trakcie godów wykluczonych, ale wdycham tlenem z pierwszego tłoczenia, autentycznym rześkim balsamem wprost z autentycznego lasu. Kto nie miał za sąsiadów kryminalistów, niszczycielskich wałkoni i paranoików o oratorskich zapędach, ten nie ogarnie tego o czym mówię i nie pojmie jak wielka może być radość z faktu codziennego funkcjonowania pośród statecznego mieszczaństwa, gdzie troską o rozmiarze apokalipsy okazuje się deficyt miejsc parkingowych, wzrost opłat za kablówkę czy imieninowa muza, która wibruje po godzinie 22.

Oprócz przeprowadzki w kategorii „wydarzenie 2010” nominuję:

– urlopowy pobyt w Barcelonie, w której to pięknej kastylijskiej metropolii opalałem się topless, wcinałem papaje i darłem ryja na Plaza de Cataluna, gdy Iniesta szarżował na niderlandzką bramkę. Tylko ja i kocioł dziesięciu tysięcy znarkotyzowanych na maksa Hiszpanów i Hiszpanek.

– spożycie piwa Łomża. Naprawdę, było to dla mnie doświadczenie z pogranicza samobójstwa i alchemii. Coś jak udział w polskiej edycji Fear Factory – przed innymi w miskach wyłupione oczy lemurów, gonady tryków, żywe wije, a tobie, bracie, trafia się pół litra tego napitku. Nie wiem jak smakuje pasteryzowana sperma Szatana, ale Łomża jest i tak gorsza.

– spotkanie z Marcelem Wawrzyńcem Szpakiem. Raz na jakiś czasu przychodzi taki moment, kiedy trzeba zmierzyć się z legendą. Pan Marcel wyświadczył mi tę uprzejmość i pewnego tropikalnego dnia zstąpił z ekskluzywnego pięterka na Zgrzebnioka. Specjalnie dla mnie zmaterializował się w postaci frymuśnego gnoma z camelem przylutowanym do dolnej wargi, który pomimo +32 Celsjuszów zadawał szyku w, kurwa, jakżeby inaczej, czarnych spodniach. Długich czarnych spodniach. Na wieczornej nasiadówce w kultowym klubie Hipnoza w Katowicach ustaliliśmy podział ról i łupów. Marcel odstąpił mi prawa do swojej osoby w zamian za ekstatyczne zdania, z których zbuduję jego ekstatyczną biografię i nazwę ją „Szpakoiada”. Ponadto swemu Boswellowi postawił następujące warunki: rzetelność, 10% od sprzedanych egzemplarzy, nie wywlekanie na światło dzienne jego problemów z potencją i wstydliwej fascynacji sceniczną garderobą Wandy Kwietniewskiej. Done, przyjacielu.

– blogowanie

O którym nieco szerzej. Bo to pierwszorzędne doznanie i skok o kilka jakości. Już nie muszę upychać swoich wycieków emo po folderach, czy też nadskakiwać jakiemuś zgorzkniałemu bardowi z pokolenia brulionu, by rzucił je na papier, ale mogę je sobie ładnie oheblować i rozsiać po globie. Niezrównane. Czuję, że zyskałem na tym nie tylko ja, ale i mój warsztat. Moje frazy nie kiszą się w zamkniętym obiegu, ale wyciekają dalej i wracają echem. A o to w tym wszystkim przecież biega. No. W 2011 zamierzam poszerzyć kontent o parę spektakularnych i obleśnych tagów, wiec szykujcie się na niezłą zabawę. Liczę, że dzięki temu dorobię się jakiegoś wydajnego trolla na wyłączność i haremu psychofanek.

W ogóle – dzięki sieci poznałem najlepsze dzieciaki pod słońcem. Nazwisk nie będę wymieniał i nicków deszyfrował nie będę. Ale te sterylne więzi na odległość, bez odium w rodzaju niezapowiedzianych wizyt, próśb o kasę i dulczenia, że świat nie wierzy już łzom, odpowiadają mi i to bardzo. Zostaje sam konkret – sama esencja z dna garu: wulgarne żarty, zjadliwe komentarze, twórcze sugestie czego posłuchać, co przeczytać, komu sprzedać lajka. I grupowe najazdy na złych ludzi, którzy zamulają bios krzywą propagandą.

A że spośród moich świeżych ziomków najliczniejszą grupę stanowią tłumacze, więc mnie naszła przedwczoraj taka konstatacja. Nie ma bardziej kompetentnych i milszych współużytkowników literatury. Otóż wolę ich od pisarzy, z którymi miewam kontakty. Z tego co przez ostatnie pół dekady udało mi się zaobserwować i przeżyć formuje się gorzka opinia: literaci to żenujący egomaniacy, którzy mają rozległą obsesję na punkcie pozycjonowania w środowisku. Rozhisteryzowane panny i skwaszeni goście, rozpoczynający dzień od wpisania własnego imienia i nazwiska do googla i cierpliwego poszukiwania nowinek na swój temat. W odróżnieniu od nich translatorzy to cisi, skromni, pracowici mnisi, wydymani przez lajf użytkownicy umów o dzieło, którzy robią swoje w cieniu i znoju pod neonem z wizytówką autora. Galernicy zasuwający na 3 zmiany pod pokładem popkultury. Pieprz tej ziemi.

O książkach jeszcze. Nie będę bawił się w rankingi. Kto czytuje PzP ten wie, że w 2010 potłukł mi serce Cormac McCarthy, Bargielska, Kalder, Piglia i kilkoro innych. Że z Sylwii Siedleckiej będzie pociecha przez cały XXI wiek. Że „Dzicy detektywi” Roberto Bolano to arcydzieło. A Updike – klasyk.

A i 2011 jawi się niezgorzej. Wyląduje nowy DeLillo, Roth, Franzen, Palahniuk, może też i nowy Pynchon. Będzie reedycja „Męki kartoflanej” Rudnickiego i tegoż świeżutka powieść. Będzie dobrze.

  1. kolega Tetrix pisze:

    Dawaj, dawaj, dawaj, radnoj, dawaj, dawaj! Pięknąś pan tu prognozę zarzucił. Czekamy na wdrożenie!

  2. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix

    Kochany, wszystko będzie. A tobie to w ogóle przyznaje tytuł najbardziej wytrwalego i stymulującego komentatora tego bloga w 2010. Po cichu liczyłem i na innych kolegow po fachu, ale Potulny buszuje po nocach i pewnie tylko na rożowych portalach siedzi, a Szpak wysunął sugestię, że on może i chętnie, ale za piniądze.

  3. kolega Tetrix pisze:

    Nie bój nic, fakturę ode mnie przyniesie kurier. Grrrrrubą. My, sługusi systemu, mamy już takie przykre modus operandi.

  4. nameste pisze:

    Ale znowuż nie zasklepiajcie się tak we branży tłum.

  5. Łukasz pisze:

    @ nameste

    Ależ gdzie tam. Formuła jest otwarta – zapraszam wszystkich chętnych, którzy chcą sobie ulać czy ukomplementować. Im więcej, przecież, tym lepiej. Ważne, żeby wymiana energii była.

  6. upsss pisze:

    Panie blogerze i 2011 ma szansę zacząć się od serc tłuczenia (jakiś kardiolog już zaciera ręcę), jako że nowy (stary) Cormac pojawi się w okolicach 21 stycznia („W ciemność”).

  7. Łukasz pisze:

    @ upsss

    Nowy (stary) Cormac już się zjawił. Zapraszam do najnowszego postu. :)

  8. upsss pisze:

    I moje wieszcze zapędy szlag trafił. Samoocena leci w dół. Nie wiem jak się z tego wyzbieram. Wydam całą kasę na psychoterapię, nie starczy mi już na książki, zostanę wtórną analfabetką, świat stanie się prosty… Albo przerzucę się na działa P.C. moje życie wewnętrzne nabierze nieznanej mi dotąd głębi, odnajdę swoją drogę, a świat stanie się harmonijny jak… jak… no jak harmonia na przykład. Hell yeah!

  9. fakeplasticgun pisze:

    zaprawde, amazing! nie ogarnęłam jeszcze całości bloga, luźno sobie skaczę, ale to, co obadałam,zdecydowanie skłania mnie to przetarcia szlaków (?) na drodze bycia Twoją psychofanką. stanik mam, pewną wprawę w rzucie nim również, do boju zakon marii!

  10. Łukasz pisze:

    @ fakeplasticgun

    Najs. Jeśli tylko w dramatycznym finale nie okażesz się tłustym facetem o imieniu Mark, który ściska w łapce zaczytany egzemplarz „Buszującego w zbożu”, to zapraszam do odebrania legitymacji psychofanki z numerem 1. Staniki mile widziane.

  11. fakeplasticgun pisze:

    Tłuszczy oraz penisa brak, Buszującego w Zbożu również, paranoje pod kontrolą, stanik na posterunku, który w razie nagłego skoku emocji i histerii gotów opuścić w try miga! czekam na legitkę, no way.

  12. Łukasz pisze:

    @

    Świetnie. Sekta PzP rośnie w siłę. W następnej kolejności wciągnij siostrę i koleżanki.

  13. Łukasz pisze:

    Oczywiście, że powyższe afirmacje i apele kieruję do panny fakeplasticgun. :)