Ekspedycja do wnętrza piekła

Posted: 1st Kwiecień 2011 by Łukasz in biblioteka

Nie dalej jak dwa tygodnie temu Jaś Kapela, lewicujący piosenkarz, bywalec i wizjoner, załkał dramatycznie na Fejsbuku. „Myślicie, że jest jeszcze jakaś książka, którą bym tak czytał, że nie mógłbym się oderwać?” Po czym dodał w równie minorowym tonie. „Chciałbym nocami na powrót dygotać pod kołdrą, ale nie pod wpływem intymnej autoanalizy, a z racji pasjonującej lektury. Kto mi odda moje czytelnicze zapały? Jaka kombinacja litera sprawi, że znowu wpadnę po uszy w bibliofilską malignę?” Pytania rzucone w czeluść internetu wróciły w postaci zniekształconego echa – miałkich responsów wgapionych w Jasia fanek, dla których jest on półtorametrowym totemem i trzydziestosiedmiokilogramową bryłką pulsującego ciepła, wokół której zawiązały histeryczny, bezkrwawy kult. Jasiu, nie łam się. Świat postanowił ci odpowiedzieć i na tę okoliczność przybrał moje miękkie kształty. Nie pomogłem wówczas, teraz służę ręką, a ta dobędzie cię z topieli. Otóż podsunę ci tytuł, który, oprócz mrowia rozkoszy stricte literackich, gwarantuje także emocjonalny regres. Lecz, na szczęście, nie do stanu pierwotnej naiwności i niefrasobliwości w kontrolowaniu wydzielin, ale do bardziej krzepkiej i zwartej formy. Mało, że zaliczysz cofnięcie w czasie, to jeszcze wylądujesz w tym ekscytującym okresie swojej biografii zwanym chłopięctwem. Pamiętasz? Jesteś ufny, mikry i jak każdy wyprostowany dwunastoletni ssak marzysz o przeżyciu mrożącej krew w żyłach przygody. A że twoim otoczeniem jest skąpa w pręgowane drapieżniki i busz wielkomiejska rzeczywistość, to globtroterskie zapędy musisz realizować we własnym skromnym zakresie, w swoim pokoju, w rozżarzonym kręgu lampki. Z pałającymi policzkami przerzucasz strony Verne’a, Szklarskiego i autentyczne relacje z wypraw na bieguny, wulkaniczne wyspy, jałowe interiory, na których królują skorpiony i fatamorgana. Potem to mija. Na półki wskakują smętni marksiści i awangarda, którą, co prawda, można poszpanować za studiach, ale za diabła nie wywołuje ona gęsiej skorki i palpitacji. Jednak – nie wszystko stracone, Jasiu. Odpuść sobie na jeden wieczór rewolucję i adorację członków Świętego Slavoja z Nowego Świata. Wskakuj do wehikułu. Zaczynamy.

Pułkownik Percy Harrison Fawcett to był gość. Choć tak naprawdę nie był pułkownikiem, lecz „zaledwie” podpułkownikiem, to swoją osobą wzbudzał tak przygniatający podziw i mir, że go w ten sposób i tak tytułowano. Zresztą – trudno się dziwić. Fawcett w pełni realizował ówczesny (pierwsze dziesięciolecia dwudziestego wieku) ideał eksploratora – nieustraszony, nadludzko wytrzymały, inteligentny, zdeterminowany, posępny, zawsze na szlaku. (Dodać należy, że i jemu nie obce były takie wiktoriańskie przywary podróżujących Anglików jak rasizm, przekonanie o intelektualnej wyższości białego, zawiść wobec innych odkrywców, teozoficzne ciągoty.) Męką dla niego wcale nie były zabójcze tropiki, ale ustatkowany miejski żywot. Nie mógł znaleźć dla siebie miejsca pośród rodzinnej sielanki. Działał zarówno dla osiągnięcia własnej sławy, jak i w imię wyższych pobudek – mapowania obszarów, które funkcjonowały dotąd jako białe plamy, ujarzmiania nieznanego.

Fawcett był żywą legendą, która regularnie znikała w głębi piekła Amazonii i wynurzała się zeń po kilku miesiącach z nową rewelacją, zaliczoną misją kartograficzną, wizją następnej wyprawy. Był celebrytą w czasach, kiedy jeszcze nie znano i nie używano tego słowa. Każdy jego podróżniczy krok skupiał na sobie uwagę setek tysięcy czytelników, którzy z niecierpliwością czekali na wiadomości prasowe o postępach jego ekspedycji. Był okrutnym sukinkotem (jednemu ze współtowarzyszy miał powiedzieć, „nie masz prawa być zmęczonym!”, gdy ten znajdował się na skraju fizycznego i psychicznego wyczerpania) i absolutnym wymiataczem, facetem oddanym w takim stopniu swojej pasji, że dzisiejsi maniacy sportów ekstremalnych to przy nim uczestnicy 13 edycji „Tańca z gwiazdami”. O nim, o tym niesamowitym człowieku, a także o historii angielskiego ruchu podróżniczego na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku, opowiada znakomita reporterska książka Davida Granna „Zaginione miasto Z”.

„Zaginione miasto Z” opowiada nie tylko o wyprawach Fawcetta, ale i o tych, które w kolejnych dekadach podążały ich kursem. Tak bardzo fascynował i angażował emocjonalnie, że ludzi, którzy próbowali powtórzyć jego wyczyny, badali jego życie, metody i trasy, powszechnie nazywano „wariatami od Fawcetta”. Jak atrakcyjny był to blask, niech zaświadczy i ten fakt, że blisko sto lat po tych wydarzeniach jego mocy uległ David Grann, nowojorski dziennikarz o raczej sybaryckim usposobieniu. Ale gdy Fawcett dostał się do jego umysłu i krwioobiegu – nie było odwrotu. Grann zostawił żonę i rocznego synka w domu i ruszył w brazylijską dzicz.

„Zaginione miasto Z” to także historia zaginionego miasta Z. Kiedy Fawcett nasycił się już renomą kartografa-pioniera, który bezmiar Amazonii zamienia na klarowne szerokości i długości geograficzne, postanowił zostawić po sobie jeszcze i coś większego, monument, o którym będą mówiły pokolenia. Zaplanował mianowicie, że odnajdzie mityczne miasto istniejące w sercu dżungli, a dawno temu opuszczone przez jego pierwotnych mieszkańców. Owa idea, która rychło stała się idee fixe Fawcetta, wyrosła na gruncie wspomnień pierwszych konkwistadorów, którzy w szaleńczej pogoni za ociekającym od złota Eldorado natykać się mieli co i rusz, na obszarach dzisiejszej Boliwii, Peru i Brazylii, na ogromne osady i znakomicie zorganizowane metropolie, wyposażone w groble, przestronne ulice i imponujące domy. Natomiast w czasach Fawcetta pokutował pogląd jaskrawo odmienny – Amazonię zaludniają wyłącznie niezbyt liczne plemiona prymitywnych nomadów, które trudnią się myślistwem i zbieractwem. I zawsze tak było. Fawcett zamierzał dowieść, że rdzenni użytkownicy tych terytoriów nie byli wcale prostaczkami, przemierzającymi dziesiątki kilometrów, by zebrać koszyk jagód, czy upolować jelenia, ale że dysponowali wyjątkowymi umiejętnościami z zakresu architektury, inżynierii, logistyki i organizacji życia zbiorowego. Dowodem na to, iż prawda stoi po stronie konkwistadorów i Fawcetta miały być budowle miasta Z. W roku 1925 skompletował wreszcie idealną ekipę, w skład której wchodził on i dwóch młodzieńców, jego syn, Jack, i przyjaciel Jacka, Raleigh Rimmel. W trójkę chcieli dokonać niemożliwego – dotrzeć do mitu i położyć na nim dłoń. Wyruszyli 20 kwietnia. Cały świat wstrzymał oddech.

Wyobraźcie sobie wrzące zielone infernum, wiecznie ssącą otchłań, mordercze temperatury, minimalne racje żywnościowe, wąską ścieżkę, którą trzeba samemu sobie wyrzezać maczetą z plątaniny liści i lian, od kilku do kilkunastu kilometrów każdego dnia w pełnym rynsztunku. Wyobraźcie sobie plagę insektów wszelkiej maści – fruwających, skaczących, pełzających, pływających i takich, które wnikają do wnętrza człowieka poprzez jego naturalne wnęki anatomiczne. Wnikają, by złożyć tam jaja, z których wykluwają się roje larw. Wyobraźcie sobie garstkę śmiałków, na których czyhają trujące rośliny, jadowite węże, pumy, jaguary, piranie, watahy Indian prażących z dmuchawek i łuków. Ludzi tak wyniszczonych wędrówką, że na czworaka pełzną przez dżunglę, zlizują rosę z traw, zjadają własne psy i wracają do żywych jako anorektyczne, chore, zarobaczywione widma, człapiące z obłąkanym uśmiechem na popękanych wargach. O ile w ogóle wracają.

Książka Davida Granna „Zaginione miasto Z”, to wieczór lub dwa na pełnym czytelniczym gazie, przyjemność z rodzaju pierwotnych, która nie polega na odcyfrowywaniu aluzji i mozolnym dekonstruowaniu alegorii, ale na pałaszowaniu, mlaskaniu i proszeniu o jeszcze. Grann po mistrzowsku operuje narracją reportażu historycznego, gdy w najmniejszych detalach odtwarza realia i koleje eksploratorskiej działalności Fawcetta, jak i reportażu z pola walki na śmierć i życie, z centrum nieludzkiego, z jądra mroku, i wówczas siecze czytelnika po oczach frazami, w których zawiera się cały patos, szaleństwo i wyjątkowość tej koszmarnej sytuacji. „Zaginione miasto Z” to powrót do dzieciństwa, gdy literatura nie była sztuką, tym terrorem nudziarzy, ale pierdolnięciem – centralnym, atomowym, niepowtarzalnym. Absolutna rewelacja.

  1. Kiziulek Alfa pisze:

    Och, Łukasz:).

  2. Łukasz pisze:

    @ Kiziulek Alfa

    Ale jaki to rodzaj ochnięcia? Że nie no, znowu, to samo, nuda, och, kurwa? Czy, och, było prawie tak dobrze jak na 80% wyprzedaży w Almi Decor?

  3. Kiziulek Alfa pisze:

    U nas tylko 20%, czyli o czym my mówimy. Zresztą mojego stłuczonego kubka 0.75l w norweskie wzory już nie prowadzą, więc nie zachodzę.
    To było: och-kocham to. No jakże.