Doominikana

Posted: 7th Kwiecień 2011 by Łukasz in biblioteka

Czytałem „Topiel” Junota Diaza prawie dwa lata temu – i nie przeczytałem. Lecz nie dlatego, że książka mnie znudziła, była zbyt wymagająca, okazała się przereklamowanym gniotem, czy też napisano ją infantylnym stylem i ucukrowano ile wlezie sentymentalnymi metaforami. Nie, wcale nie. To niszczycielskie ingerencje rzeczywistości, tej z krwi i kabli, sprawiały wówczas, że co i rusz zawieszałem lekturę na kołku i zdejmowałem z niego parę bokserskich rękawic. Ach, pamiętam. Czerwiec, 2009. Jacko odchodzi, a ja zostaję. Tkwię w oku cyklonu, miłość, dojrzewający po cichu koniec miłości, mężczyzna i kobieta zamknięci na niewielkiej przestrzeni wyłożonej deską barlinecką, różowe wino po 17 pln, horror przed snem, jatka każdego dnia. Jakby i tego było mało, to po 15 latach absolutnego milczenia i nieobecności odezwała się wtedy do mnie moja licealna ukochana – i po kilkuset mailach i jednym spotkaniu zapytała: hej, rozwiążesz mi włosy?

Nic dziwnego, że nie miałem głowy do dobrej prozy. Utknąłem na osiemdziesiątej ósmej stronie i „Topiel” trafiła na listę tytułów hibernowanych. O tym, gdzie rozszczepiły się nasze ścieżki, moja i Diaza, mogę poinformować z laserową precyzją, dzięki temu, że ów dramatyczny moment zwrotny oznaczyłem swego czasu kruchym jak papirus rachunkiem z Lidla. Przedwczoraj, po paru sekundach majestatycznej wirówki, spłynął do moich okutanych w pantofelki stóp.

„Topiel” Junota Diaza to zbiór dziesięciu rewelacyjnych opowiadań, w którym nie ma słabych punktów. Nowatorska forma, zajmująca treść, żywy język ulicy, mistrzowska psychologia, zero moralizowania, żadnych autorskich popisów i udzielania ludzkości uniwersalnych rad. Sam konkret. W kawałkach Diaza jest właśnie tak – konkretnie i krótko. Patronem tej prozy jest Raymond Carver, a minimalizm to jej wyłączony sponsor.

„Topiel” to Dominikanie i Dominikana. Ale nie ta Dominikana, którą może znacie z folderów biur podroży i nawijek dzianych wujków. Tutaj nie znajdziecie palm, wychuchanych plaż, silikonowych wczasowiczek w bikini i drinów wysokich jak Tom Cruise. Dominikana przedstawiona przez Diaza jest wyspą-piekłem, na której obowiązuje beznadzieja, wyzysk i agresja. Na Dominikanie kobieta to cycki na wynos. Na Dominikanie nikogo nie dziwi, że facio ogląda kilometrami porno, a kobieta przez pół dnia grzechocze garami. Tylko przez pół, bo te drugie pół spędza na harówce w fabryce czekolady. Ale uwierzcie mi, tam szefem nie jest Willy Wonka. Na Dominikanie nikogo nie oburzają oficjalne kochanki i oficjalna przemoc domowa. Dominikana to świat tak potwornej biedy, że Polska C to przy niej sprawnie prosperujący raj. Domki z blachy, zabawki z podartych gazet, jeden ołówek na dwóch uczęszczających do szkoły dzieciaków, wszechobecne ćpanie, bójki gangów, parazyty jako efekt marnej diety, a wokół ocean alkoholu. Jedyną szansą jest emigracja głowy rodziny do USA – do mitycznego Nueva York. Tam można znaleźć chętną do wzięcia fałszywego ożenku, dzięki któremu zyska się obywatelstwo, a to z kolei umożliwi sprowadzenie żony i potomstwa. Ale ojcom rzadko się to udaje. Albo zostają uwięzieni w kieracie pracy po 19h na dobę, albo korzystają z okazji i zakładają sobie nową familię. To częsty motyw u Diaza – opuszczeni kilkuletni synowie, którzy daremnie wyglądają powrotu taty, w zamian tworząc na własny użytek fałszywą mitologię.

Moim ulubionym opowiadaniem jest „Fiesta 1980”, w której lejtmotyw stanowi choroba lokomocyjna narratora, dziecka, poddanego tresurze przez bezdusznego ojca. Ta wracająca i nie dająca się uśmierzyć niedyspozycja, będąca wynikiem ciągłego stresu, strachu i świadomości, że nie spełnia się ojcowskich wymagań, to odtworzona na poziomie symbolicznym relacja patriarchalna – typowa dla Dominikany i dewastująca dziecięcą psyche.   Najokrutniejszym – z pewnością „Bez twarzy”. Gdzie podmiotem tragicznym i opowiadającym jest chłopiec, któremu świnia zjadła twarz i od tego czasu funkcjonuje on jako pośmiewisko całej społeczności i obiekt makabrycznych żartów. Najpiękniejszym – „Jej chłopak”, kameralna rzecz o uczuciach, podglądanie miłosnego dramatu sąsiadki.

Nie ma co dalej wyliczać. By podsumować „Topiel”, posłużę się cytatem z jednego z jej bohaterów. „To gówno jest potężne.”

  1. Sissy pisze:

    Minimal w wydaniu pisarza z Dominikany wydaje mi się zupełnie abstrakcyjny, ale poszukam. Fajnie napisany tekst, styl Ci się odmienia w ogóle, albo mi się wydaje.

    A masz w planach napisanie o „Książce” Mikołaja Łozińskiego? Jestem ciekawa Twojej opinii.

  2. Łukasz pisze:

    @ Sissy

    Uprecyzyjniam, żebyś sobie źle nie wyobraziła: Junot Diaz pochodzi z Dominikany, ale pisze po angielsku, z wtrąceniami tylko z dominikańszczyzny. W ogóle – po „Topieli” napisał znakomitą powieść „Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao” i zgarnął za nią Pulitzera.

    Odmienia styl? A jakie zmiany zauważyłaś?

    Łozińskiego trochę się lekam. „Reisefiebera” czytnałem i momentami był ładny, ale jakoś nie zapadł mi w duszę. A tobie jak się podobała „Książka”?

  3. Sissy pisze:

    @Łukasz

    zmiana stylu – doznanie subjektywne:-) Ale dla mnie to tak jakby krystalizacja tego stylu, że może metafor mniej, a tym bardziej wyłania się to, co w Twoim pisaniu tak lubię.

    „Książka” – jestem w trakcie lektury, no i mam z nią problem. W „Reisefieber” podobała mi się ta asceza, pod którą pulsuje czerwona gorąca miazga. Ale teraz, po lekturze drugiej książki też inna rzecz mi przychodzi do głowy. Tę książkę czyta się na innej fali mózgowej, jaką lubię, tam się ciągle coś wytrąca, parę poziomów jednocześnie. Ale tak to wszystko jest doskonale opanowane, że aż nieludzkie (i kto to mówi:-), ale takie mam wrażenia. Subjektywne.

  4. tym pisze:

    Wrzucasz te recenzje, pisane z dezynwolturą formalną, jak lionel messi kiwa się na swoich gumowych nogach w czasie meczów.a to wysoka regularność.

  5. Łukasz pisze:

    @ tym

    Ha! A teraz mam dylemat, czy twoje słowa są komplementem, czy też wręcz przeciwnie.

  6. tym pisze:

    dezynwoltura umiarkowana jak na swoje szerokie ramy, w tekście literackim powinna mieć miejsce. co prawda kiedyś byłem bardziej zachwycony, jak czytałem szkice o literaturze Zbigniewa Bieńkowskiego, felietony Andrzeja Kijowskiego i tekstów Orskiego i Mizuro nie omijam, a Sendecki też, bo potrafi precyzyjnie zniszczyć tych, którym wydaje się, że są mocni w pisaniu po polsku, zgodnie z zasadą, że słabych się nie bije, ale, wracając do twojego pisania, to też jest nieźle. Jakość tekstów jest w dysproporcji do regularności publikacji na blogu. poza tym mam wrażenie, że dobry tekst krytycznoliteracki, czy powieść czy inne, to taki, w którym jest dysproprocja, znaczna przewaga czegoś, a nie umiar we wszystkich jego składowych. A mogę się założyć, że gdyby mi się chciało czytać tego Rotha i Coetzeego, wydawanych książka po książce, to nie chwaliłbym ich tak jak robią krytycy. A Messi kiwa się s zsensem, bo zawsze poda po minięciach wolnemu i strzał jest. Ale się rozpisałem.

  7. tym pisze:

    trochę nieskładnie napisane, ale chyba domyślasz się już bardziej o co chodzi.