Autobusem po Azji Południowej

Posted: 15th Kwiecień 2011 by Łukasz in biblioteka

Z tego co się zdążyłem zorientować, Zgierz ma w sobie coś z krajów Azji Południowej. To znaczy – z mojego wyobrażenia o krajach Azji Południowej. Bo przecież nie byłem. Imaginuję sobie zatem w oparciu o filmy i literaturę. W których to narracjach stałym motywem są perturbacje bohaterów wynikające z nonszalancji, z jaką pod tymi szerokościami geograficznymi traktuje się środki transportu publicznego. W Zgierzu jest tak samo.

Nim wytłumaczę i opowiem, przeproszę. Przepraszam więc zaintrygowanych, że pierwszej linijki niniejszego wpisu nie rozwijam w elektryzująca story o pręgowanych drapieżnikach, czyhających w gąszczu na górę białego mięsa, o ekspedycjach skroś dżungli lub pustyni, o wujku Osamie, o szkółce słoni, czy o anorektycznym guru o oczach jak mleko, który naucza męstwa wydymanych i wątłych. Nie rozwijam, bo za chuja nie mogę. Nawet gdybym napiął wyobraźnię jak Robert Burneika swój tricpes, wytrzeszczył oczy jak się wytrzeszcza podczas niektórych badań metodą inwazyjną, uwolnił w sobie wszelką życzliwość i wyprodukował tuzin dziwacznych teorii, to i tak, to i tak, moi kochani, nie ubiorę tego polskiego miasteczka w girlandy, architekturę i cuda subkontynentu indyjskiego. Nie obnażę innej analogii poza komunikacyjną.

Ludzie, bo ja w życiu (poza telewizyjnym ekranem) czegoś takie nie widziałem! Wy z pewnością też. Owszem, zdarzało mi się niegdyś raz czy drugi podróżować z wariatem, którego ponosiło. Ale to były incydenty, a nie – jak tutaj – reguła. Gwoli ścisłości – tutaj za zło odpowiadają kierowcy autobusów.

Nie wiem jaki zastosowano filtr selekcyjny w trakcie ich naboru i wole nie wiedzieć, bo gdybym nagle stał się bogatszy o tę wiedzę, to musiałbym też automatycznie zastanowić się, kogo wobec tego odrzucono. Ci co się ostali są wystarczająco przerażający.

Po pierwsze – radio. Rozkręcone już nawet na pierwszych porannych kursach przed godziną 7. Co prawda, i to im należy oddać, nie na cały potencjometr, ale na dobre trzy czwarte. Tak że pasażerowie od zarania dnia są na bieżąco z apokaliptycznymi niusami i repertuarem ESKI. Muzykowanie trwa w najlepsze aż do zmroku. Po drugie – sympatie. Najczęściej popołudniami u boku kierowcy zjawia się rozcieńczona wersja Dody i robi do niego maślane oczy. By zaznaczyć ekskluzywność kontaktów, pan kierujący pojazdem wpuszcza ją za barierkę, która odgradza pilota od ludzkiego cargo, i w najlepsze uskutecznia werbalny petting. Kolejna rzecz, trzecia, to amulety i fetysze. Przednie szyby, okolice przednich szyb, okolice kierownicy, okolice stacyjki, fotel i okolice fotela są wręcz oblepione wszelkiej maści futrzakami, maskotkami, dewocjonaliami, sringami byłych, zdjęciami aktualnych dzieci i buńczucznymi hasełkami w rodzaju „zawsze wierni”. Kurwa, plastik i plusz przeciwko mocom Szatana? Po czwarte – chłopcy za sterami. Może nie klony, ale blisko, przynajmniej pod względem estetyki codziennej i zachowań. Pół centymetra na głowie, oponka na brzuchu, okulary przeciwsłoneczne na nosie, sportowa koszulka na grzbiecie i komóra w łapie w trakcie jazdy. Czyli – Polak jak najpełniejszą buraczaną facjatą. Zatem – jeden nawijający na okrągło frant i kilkudziesięciu zdyganych z lekka Jonaszy. Piąte i ostatnie: ustawki na trasie z kumplami. Jakie było moje zdziwienie, gdy ujrzałem onegdaj lśniącą toyotę parkującą zuchwale przed nosem 5, która miała właśnie ruszyć z przystanku. Co jest?! – zawyło we mnie coś małego i ociekającego śluzem. Pewnie zaraz się oberwie się temu gamoniowi, gamoniowi temu oberwie się wnet na pewno. Tymczasem ów wpakował obwieszony metalami kolorowymi tułów do środka i jął sobie ucinać z kierowcą ożywioną dysputę. Cześć, cześć, wiesz co, no nie wiem, a co, i tak dalej. Bite trzy minuty. A myśmy, kurwa, stali, stali, kurwa, i czekali, a silnik warczał, spalina anektowała kolejne litry powietrza. Na koniec intruz poinstruował swego ziomka za kółkiem, jak i każdego w promieniu stu metrów kto posiadał uszy, że weź, kurwa, nie dawaj przypadkiem bryki Arkowi w sobotę, bo rozjebie. Arkadiuszu, gdyby ta hiobowa nowina jeszcze nie dotarła do ciebie, to biorę na swoje blogerskie barki obowiązek poinformowania i informuję, iż w sobotę bryka użyczona ci nie będzie, bo zaistniała w sercach twoich funfli obawa, że rozjebać możesz.

Reasumując – Południowa Azja. Brakuje tylko gdaczących kur w klatkach i zwłok stryja przewożonych w białym całunie na dachu.

W takich to okolicznościach przeczytałem niezwykłą książkę. A mianowicie – „Widzialny świat” Marka Slouka. Amerykanin, ale z matki i ojca Czechów. Piszący po angielsku. Piszący bardzo dobrze.

Gdybym miał jednym słowem określić, jaką literaturą jest „Widzialny świat”, to bym powiedział: czułą. Co nie oznacza wcale, że mamy tu do czynienia z przesłodzoną historyjką, czy też z naiwnymi kreacjami protagonistów, których wpierw toczą jakieś nieuleczalne dolegliwości, osłabiające członki, lecz wzmagające skłonność do emocjonalnych aforyzmów, a następnie po cichu zabiera śmierć. Och, nie, kurwa. To inteligentnie napisana powieść, która nawet przez chwilę nie osuwa się w ckliwość, nie zbacza w kierunku patosu i nie kręci się wokół samej siebie, ale tnie wprost do pasjonującego finału.

„Widzialny świat” to wyjątkowo interesujący zapis procesu lepienie tego co minęło w dający się jako tako odczytać kształt – mozolnego dodawania do siebie reminiscencji, snów, bajek, rozmów, opowieści i świadectw, by dowiedzieć się, jak wyglądała przeszłość. To historia rodzinna, w której narrator, nowojorczyk, dziecko czeskich emigrantów, odbywa podróże realne i imaginacyjne do ojczyzny swoich rodziców, by poznać dzieje ich miłości i odkryć utajony na samym dnie wspomnień rodzinny sekret. To także niezwykła relacja wojenna, w której z zapartym tchem i wibrującym sercem śledzimy losy siedmioosobowego komanda, wsławionego zabiciem samego Reinharda Heydricha, Archanioła Zła, jednego z pomysłodawców ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej, kata Czech i Moraw. W „Widzialnym świecie” fikcja i fakty, najprawdziwsza kronikarska prawa i błyskotliwe konfabulacje, funkcjonują na równych prawach i robią nam książkę.

Pierwsza klasa.

  1. Barts pisze:

    Jechałem autobusem do Zgierza czy też może przez Zgierz. Chujowo było. Tłok, bydło, ludożerka i kierowcy. Ech, kierowcy. Wożą te swoje panny, napierdalają radiem, ogólnie ssą i robią porutę. A jak prowadzą, się i te swoje autobusy. Tragedia.

    Also, I’ve read a book.

  2. Łukasz pisze:

    @ Barts

    Przeczytaj, przeczytaj, powinna ci fest podpaść. A ze Zgierzem – nie ma żartów.

  3. kolega Tetrix pisze:

    Jak nie ma żartów ze Zgierzem? Sobie wyobraziłem właśnie organizowany przez municipium konkurs na wiersze o tematyce lokalnej (o mały włos, a napisałbym „lolalnej”, sam pan widzi), i te rymy do słowa „Zgierz”… Czy pan wiesz/co to Zgierz?/Jak nie wiesz/to się strzeż./Nawet dziki zwierz/spod Alpuhary wież/wie dobrze, co to Zgierz/a pan nie wiesz? (a co dopiero limeryki…)
    Zaś autobusowa hejtnotka awsum.

  4. ka pisze:

    Nie ryzykowałabym z limerykami o Zgierzu. Nie widzę podobieństwa do Azjii, bo nigdy w niej nie byłam (Turcja to Europa, prawda?:), natomiast z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że Zgierz może sie pochwalić najaniższym stanem poczucia humoru jego mieszkańców (jeśli nie depresją (czytaj: agresją). Z pełną odpowiedzialnością , bo tam się urodziłam, pobierałam nauki przez 18 lat i czasem muszę tam wracać, aby stwierdzić , ze jest z tą mentalnością zgierską coraz gorzej. Prawdziwego poczucia humoru – tego na własny temat – można sie nauczyć i pielęgnować go wyłącznie poza Zgierzem.

  5. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix

    Ale z kolegi ładny poeta wylazł. Ale Wanda Chotomska była pierwsza ze swoimi „Przygodami jeża spod miasta Zgierza”. Proponuję dla kolegi miejsce drugie i 5k nagrody pocieszenia.

    @ ka

    Wymiernego podobieństwa nie ma, to fakt. Ale maniera z jaka sią tutaj autobusami powozi, to ho, ho. Normalnie Pakistan.

  6. kolega Tetrix pisze:

    No wyłazi czasem, wyłazi, czy ładny, to nie wiem, ale antybiotyki nie pomagają, sulfonamidy też nie, najgorzej, że czasem to tak właśnie przy ludziach wylezie i weź potem coś z tym zrób.