Made in China

Posted: 18th Kwiecień 2011 by Łukasz in biblioteka

Już pierwsze opowiadanie z tomu „Tysiąc lat dobrych modlitw” zrobi wam w głowie „au!” i „o, kurwa!”. To kawałek zatytułowany „Zbędny”. Gorzka esencjonalna rzecz. Przejmujące studium wykluczenia – sytuacja, wydawałoby się, specyficznie chińska, czy też ściślej: nowochińska, ale dzięki pisarskim umiejętnościom YiYun Li osiągająca wymiar uniwersalny. Otóż w nowoczesnym społeczeństwie, które dynamicznie się rozwija, a przez to ulega nieodwracalnym tektonicznym zmianom, nie ma miejsca dla niektórych ludzi. Najczęściej tych starych, chorych, niewykształconych i ubogich. W obliczu kosmicznego przyspieszenia stają się odpadem, reliktem minionej epoki, ciężarem dla tych, którzy prą naprzód. Takim odpadem jest protagonistka „Zbędnego” – babcia Lin. Była pracownica Pekińskich Zakładów Tekstylnych „Czerwona Gwiazda”, która nie otrzymuje należnej jej emerytury, bo „Czerwona gwiazda” zbankrutowała. Po latach ciężkiej harówki nie dysponuje niczym wartościowym prócz świadectwa wystawionego przez brygadzistę, które złotymi literami zaświadcza, że „towarzyszka Lin Mei jest zasłużoną emerytką”. Nazywana jest babcią, mimo że ma dopiero 51 lat. W tym jej znajome upatrują dla niej szansy na wyjście z tragicznego położenia. Babcia Lin musi zgodzić sobie bogatego wdowca, wyjść za niego i czekać w spokoju na swoja część schedy. Zostaje żoną starego Tanga, Tang cierpi na alzheimera i wymaga stałej pieczołowitej opieki. Babcia Lin dba o niego, lecz fatum nie odpuszcza. Tang umiera w nieszczęśliwych okolicznościach, a odium spada na nią. Po śmierci męża nie otrzymuje nawet juana i zostaje przez jego dzieci wypędzona z domu. Kolejnym etapem upokorzeń i rozczarowań, jakich nie oszczędzi jej życie, będzie internat prywatnej szkoły, w którym babcia Lin sprząta pokoje i pierze uczniom ubrania. Tutaj pozna sześcioletniego Kanga  – inne żywe oblicze chińskiej zbędności: chłopiec jest synem kobiety, która popadła w niełaskę u swojego męża, spożywczego potentata i najbardziej wpływowej persony w okolicy. Kang musi zniknąć z jego oczu, bo ojciec przyhołubił sobie młodą konkubinę i jego dawna rodzina nie jest mu już potrzebna. Między Kangiem i babcią Lin zawiązuje się mocna i szczera więź, sojusz dwóch niechcianych istot, który jednak pewnego dnia zostanie wystawiony na bardzo ciężką próbę.


Tematy „Zbędnego” są wiodącymi tematami całego zbioru autorstwa YiYun Li, wschodzącej gwiazdy literatury amerykańskiej, autorki obsypanej w świecie krótkich form najbardziej prestiżowymi laurami.

To przede wszystkim narracje o osobach, które nie przystają do nowych bezwzględnych zasad funkcjonowania wewnątrz chińskiej społeczności i, by swoim nieprzystosowaniem nie psuć oficjalnego wizerunku, zostają wypchnięte na jej margines, ośmieszone, wykorzystane, zostawione bez jakiejkolwiek pomocy. Są to techniki i działania dobrze znane z chińskiej przeszłości. Co prawda nie wydają one teraz plonu w postaci milionów ofiar, ale nie da się ukryć, że na wielu polach kanibalistyczny kanibalizm zastąpił w Chinach ludożerczy komunizm. „Tysiąc lat dobrych modlitw” to świadectwo nieodwracalnych spustoszeń, jakie powstają w następstwie wszelkiego rodzaju eksperymentów ekonomicznych, kultów, pochopnych decyzji polityków, wprzęgnięcia obywateli w morderczy wyścig, którego stawką jest prymat pośród mocarstw, ale kosztami – jakość ich życia.

Drugim z istotnych problemów, które YiYun Li zasygnalizowała w „Zbędnym” i z powodzeniem rozwinela w reszcie opowiadań jest obsesja na punkcie staropanieństwa i starokawalerstwa. Kobieta w Chinach, która dobiega do trzydziestki i nie ma męża jest uważana za nieszczęśliwą, dziwną i przeklętą. Nie inaczej bywa w przypadku mężczyzn. Posiadanie bowiem męża/żony to nie tylko szansa na polepszenie i ugruntowanie swego statusu, ale w pierwszym rzędzie wyraźny sygnał, iż się jest normalnym i zdrowym. Li znakomicie pokazuje ową kwestię na przykładzie matek, którym wolny stan ich dzieci spędza sen z powiek i przyprawia o paranoję.

I tutaj dochodzimy do kolejnego motywu podejmowanego przez YiYun Li w „Tysiącu lat dobrych modlitw”. A mianowicie do opinii publicznej. Parzące oko innych, tą wiecznie łypiącą źrenicę sąsiadów, bliskich i ziomków, czuje na sobie większość jej bohaterów. Masa ocenia jednostkę, wytycza jej drogę, narzuca ideały, którym musi sprostać, i wymierza srogą karę, jeśli tego nie czyni. To tajna policja normy i porządku. Będąca w swej najgłębszej istocie dziedzictwem minionych dekad, gdy denuncjowanie było cnotą, a każdy uczciwy komunista miał obowiązek pilnować pozostałych komunistów, by w ich skórę nie wstąpił demon kontrrewolucji.

„Tysiąc lat dobrych modlitw” to 10 więcej niż dobrych opowiadań. Napisane oszczędnym, acz pięknym stylem, klarowne w konstrukcji, z poprowadzoną po mistrzowsku intrygą, z eksplodującą w odpowiednim momencie puentą niosą wiarygodny obraz współczesnych Chin i Chińczyków – zarówno tych mieszkających w swoim kraju i zmagających się tu z przeciwnościami losu, jak i tych, którzy zdecydowali się na emigrację i tam, na obcej ziemi, próbują organizować sobie szczęście. Lecz Yiyun Li to nie tylko realistyczne fotografie, które wstrząsają duszą. Przeczytajcie „Nieśmiertelność”, historię o chłopcu, który urodził się z twarzą Przewodniczącego Mao. To parabola o mocy Kafki. Bajka, od której umierają dzieci.

  1. ka pisze:

    Wygląda na to, że są to skośnie opisane realia wzięte wprost z miłościwie nam panujacej katolickiej demokracji, ale poczytam, jeśli gdzieś napotkam, żeby zobaczyć za co amerykanie dają nagrody literackie.

  2. Barts pisze:

    Nie wierzę, wreszcie recenzja książki z jasno wyłożonym o czym jest i dlaczego się podoba, za to bez wtrętów własnych.

    A tak bez sarkazmu, to faktycznie czasem fajnie przeczytać recenzję bez dodatków. Twoje dodatki ogólnie fajne bardzo (opisy kierowców czy życia Twojej niegdysiejszej kamienicy z żulami), ale jednak niekiedy za mało recenzji w recenzji.

    Dobra, już się zamykam.

  3. Łukasz pisze:

    @ Barts

    Nie no, co kolega. Ja tam nie jestem wpatrzony only we własne prącie. Jak słyszę głosy, że przefajnowane, bo nie o książkach a o sobie, to staram się to wyważać przy następnej okazji. Muszę zacząć chyba klecić jakieś własne poema – to tam będzie ujście dla prywatnych brudów i ekstaz.