Ucho igielne

Posted: 21st Kwiecień 2011 by Łukasz in biblioteka
Możliwość komentowania Ucho igielne została wyłączona

Docierali tutaj po wyniszczającej podróży. Chorzy, głodni, wycieńczeni, upokorzeni. Wielu z nich zmarło, nim przeciągłe buczenie syren ogłosiło kres trasy. Ich zwłok nie grzebano, ale od razu, bez zbędnych ceregieli, pomimo bólu i rozpaczy bliskich, zostawiano po drodze na pastwę żywiołów. W tumulcie jaki powstaje wśród ludzi, rzesz ludzi, ładunku ludzi, na dodatek upchniętego na niewielkiej powierzchni, nie ma bowiem czasu na rytuały i wystudiowaną powagę. W interesie ocalałych jest dbanie o siebie, a nie o trupy. Tym bardziej, kiedy na miejscu okazuje się, iż udręka wcale tak łatwo się nie skończy. To dopiero jej początek. Oto nadchodzi właściwa próba. Najpierw gnają ich niczym bydło na rzeź. Potem – każą czekać. Wtedy rozpoczyna się procedura. Dokoła słychać płacz dzieci, którym brutalnie sprawdza się oczy, bada kształt czaszki, zagląda za uszy. Również dorośli są wnikliwym oględzinom. Ci którzy lustrują przyjezdnych, każdemu z nich poświęcają nie więcej niż 6 sekund. Tyle musi wystarczyć do oceny – autorytarnej, niepodważalnej – czy ktoś rokuje szanse czy nie. Decyzja jest ostateczna. By ułatwić sobie całą sprawę, kontrolerzy piętnują ubrania ofiar znakami, które w ich wewnętrznym kodzie funkcjonują jako pomocnicze nazwy,  funkcjonalne definicje. Na przykład „X” to choroba psychiczna, „G” – to wole. Oszołomionych „nowych” otacza ścisły kordon rosłych mężczyzn w mundurach – w mundurach, które tak dobrze na nich leżą i są tak idealnie dopasowane, że sprawiają wrażenie skóry o ciemnej barwie. Gwar tuzina języków nagle milknie. Wszyscy wpatrują się w najważniejszą osobę. Precyzyjnymi ruchami wskazuje tych, którym dopisało dzisiaj szczęście i nieszczęśników. Często linia dzieląca jednych od drugich przebiega skroś linii najbliższego pokrewieństwa. Lecz tu nawet rodzina nie chroni przez złem i rozłąką.


Pierwsze skojarzenia – oświęcimska rampa. A tak naprawdę – Ellis Island, lilipucia wyspa u wybrzeży Nowego Jorku, początek XX wieku.

Dzięki książce Małgorzaty Szejnert „Wyspa klucz” mogłem poznać fascynujące dzieje tego igielnego ucha, przez które do Ameryki przecisnęło się kilkanaście milionów.

Ellis Island, nim została jednym z symboli Nowego Jorku i Stanów Zjednoczonych, była zwyczajnym ostrowiem, na którym Indianie Lenape chowali swoich zmarłych. Oni nazywali ja Wyspą Mew. Potem – Wyspą Ostryg, gdy, ku ich uciesze, okazało się, że wokół zalegają ławice tych małży. W roku 1630 przyrodzeni właściciele przehandlowują ją obrotnym Holendrom za „kilka paczek różnego towaru”. Przez jakiś czas nosi nazwę, która nie oddaje, co prawda, jej urody, ale za to zwięźle informuje o funkcji publicznej jaką na nią nałożono. Ta nazwa to – Wyspa Szubienic. W 1774 nabywa ją Samuel Ellis, kupiec rybny.

Od 1 stycznia 1892 roku rozpoczyna się najważniejszy akt w jej historii. Zostaje przekształcona w stację imigracyjną, do której trafią ci, którzy pragną zostać nowymi obywatelami Stanów Zjednoczonych. Według państwowych władz ma być filtrem odsiewającym złych od dobrych imigrantów. Złymi są idioci, niedorozwinięci, przestępcy, poligamiści, zakażeni chorobami wenerycznymi, skazani za występki wobec moralności. A także bliżej nieokreślona grupa wrogów Ameryki, która na przestrzeni dekad była określana różnymi epitetami – Hunowie, Czerwoni, Ciężar Publiczny, Czerwona Panika, Dżaps, Element Niepożądany – i do której tak naprawdę można było zakwalifikować każdego.

Fizyczne wady, kalectwa, żywe wybryki natury da się zauważyć już na pierwszy rzut oka. Ale włodarze chcą uchronić swój kraj również przed tymi, którzy intelektualnie nie dostają do ściśle określonych przez nich wymogów. By wyłapać „upośledzonych” stosuje się różne metody – test na inteligencję, sześciany doktora Knoksa, które należy właściwie ułożyć, czytanie na głos wyimków z biblii – nawet tak osobliwe jak sprawdzanie reakcji na pytanie:

„Znaleziono ciało kobiety pocięte na 18 kawałków. Policja mówi, że to samobójstwo. Co ty na to?”

Na dodatek nieomal automatycznie konotowani z takimi zjawiskami jak brud, choroby, bandytyzm. Ameryka jaka wyłania się z „Wyspy klucz” jest ekstremalnie rasistowska i nietolerancyjna. To wcale nie ogólnodostępny raj, ale wyjątkowo nieprzyjazne terytorium, które wita nie z otwartymi ramionami, ale grożącym paluchem. Niech za przykład posłuży sprawa pomnika, którym chciano upamiętnić pierwszych przybyszy. Pierwotnie miał przedstawiać imigrantów z najliczniejszej grupy etnicznej, która zjawiła się na Ellis Island czyli Żydów. Ale ostatecznie uznano, że ci nie nadają się na ponadczasowy symbol i na postumencie osadzono postać Annie Moore, młodej Irlandki.

„Wyspa klucz” Małgorzaty Szejnert to nie tylko znakomity reportaż historyczny, dzięki któremu możemy prześledzić ponad stuletnie losy Ellis Island, jej początki, rozkwit i spektakularny upadek, nie tylko wykład o tolerancji i emocjonująca narracja, którą czyta się z wypiekami na twarzy, ale i zbiór niezwykłych, hipnotyzujących fotografii, na których uwieczniono codzienność stacji, kolejnych komisarzy, zmieniającą się architekturę i przede wszystkim tych bohaterów, którzy zostawiali za sobą dotychczasowe życie i pokonywali ocean by rozpocząć nowe.

 

Comments are closed.