Supersmutna i futurystyczna historia miłosna

Posted: 29th Kwiecień 2011 by Łukasz in biblioteka

Jutro, które możecie obejrzeć już dzisiaj. Ziszczone proroctwo Steve’a Jobsa i redaktora Michała Radomiła Wiśniewskiego: świat przyszłości światem bez książek. W roku 2030 (albo coś koło tego) książek się już nie czyta. Więcej nawet – samo ich posiadanie traktowane jest jak coś odrażającego, nienormalnego, kuriozalnego. To jak kolekcjonowanie cudzej bielizny lub też przechowywanie trofeów z własnych udomowionych zwierząt. Młodzi ujmują to morderczo zwięźle i morderczo trafnie: książki cuchną. Woń druku i papieru mierzi ich sterylne nozdrza. W szkołach nie zalicza się już setki lektur, nie tuczy delikatnych zwojów tłuszczem z liter, nie wymaga się bicia czołem przed klasykami, nie terroryzuje strumieniem świadomości, postmodernizmem, hiperbolą. Edukacja polega na skanowaniu tekstu i wydłubywania zeń tylko wartościowych kąsków, na pozyskiwaniu konkretnych informacji i omijaniu  zbędnego kontekstu.

Rewelacyjna powieść Gary’ego Shteyngarta „Supersmutna i prawdziwa historia miłosna” nie samą jednak antycypacją końca czytelnictwa żyje. To rozbudowana wizja rzeczywistości przełomu trzeciej i czwartej dekady dwudziestego pierwszego wieku, w której doszło do gigantycznych zmian, przewartościowań i nieodwracalnych destrukcji – tak na poziomie indywidualnym, jak i planetarnym. Najpotężniejszym krajem jest Państwo Ogólnoświatowe Chiny. Ameryka plajtuje – uwikłana w wyniszczająca wojnę w Wenezueli, trawiona od wewnątrz konfliktami społecznymi i drylowana przez zachłanne korporacje stanowi cień dawnego imperium. Jako taki porządek na ulicach utrzymują oddziały Gwardii Narodowej, która bacznie śledzi wszelkie poczynania obywateli. W obiegu są juanodolary – szefa chińskiego banku wita się na amerykańskiej ziemi niczym Kleopatrę w Rzymie, z lękiem i wystawnie. Nocami ponad Nowym Jorkiem połyskuje iglica Freedom Tower.

Shteyngart skupia się na opisaniu przeobrażeń, jakim uległa sfera międzyludzkich więzi i kontaktów. Wymiana słów, propozycji i wyznań odbywa się via portal GlobalTeens, który sprzęgnięty z GlobalTrace, informującym o każdym kroku posiadacza konta, całkowicie zaanektował oralne potrzeby ludzkości. Świat circa roku 2030 zamieszkuje nowa rasa homo sapiens – klinicznie czystych, odtłuszczonych, zdeterminowanych, praktycznych, ultra hipsterskich. Ich główne zajęcie stanowi obsługa „aparatu”, czyli wysokogatunkowej komórki, która robi wszystko. A w pierwszym rzędzie przekazuje pakiet informacji o interesującej nas osobie – wystarczy nakierować nań aparat, by poznać jego rozmiary, status, upodobania seksualne, traumy. Wyjątkowo popularna jest zwłaszcza aplikacja pokazująca stopień „fuckability”.

W oku tego technologicznego cyklonu znajduje się – i próbuje z godnością żyć – Lenny Abramov, dobijający 40 (a więc starzec pośród nieskazitelnych i jurnych), syn rosyjskich emigrantów, który „pracuje w przemyśle kreatywnym”, co tak naprawdę oznacza, że sprzedaje – a najczęściej tylko usiłuje sprzedać – nieśmiertelność zamożnym klientom. Jest koordynatorem programu „Miłośnicy Wiecznego Życia” (Stopień G) w dziale Post-Human Sevices firmy Staatling-Wapachung Corporation. Prywatnie – człowiekiem z innego wymiaru, z którego reszta kręci beczkę. Lenny sam sobie na to zasłużył – jest staromodny, wierzy w miłość i ma w domu ścianę książek. O, przepraszam! Lenny ma w domu ścianę „niecyfrowych artefaktów medialnych”. Nic dziwnego, że znajduje się na wysokiej pozycji w internetowym rankingu „101 osób, których powinno być nam żal”. A koledzy z firmy nadali mu ksywkę „Rezus Małpka”. Jakby i tego wszystkiego było mało, to pewnego dnia Lenny zakochuje się. I to na zabój.

Wybranką jego serca i aparatu jest Eunice Park, śliczna, dwudziestoczteroletnia, wydepilowana Koreanka, która utrzymuje wagę poniżej 40 kilogramów, ma brutalnego ojca i żadnego stałego zajęcia. Eunice i Lenny nawiązują ognisty międzypokoleniowy romans, którego eskalacje i kryzysy wypełniają gros „Supersmutnej i prawdziwej historii miłosnej”. Tymczasem, czego zdają się kompletnie nie zauważać odurzeni sobą i wzajemnymi usługami kochankowie, w Ameryce wre. A w końcu – wybucha. Ameryka staje w ogniu.

Po przeczytaniu jego dwóch pierwszych powieści – „Podręcznika rosyjskiej debiutantki” i „Absurdystanu” – Gary Shteyngart był dla mnie połączeniem Nabokova i Woody’ego Allena. „Supersmutna i prawdziwa historia miłosna” dowodzi występowania u Shteyngarta dominującego genu Philipa K. Dicka. Dzięki takiej mieszance dostajemy to co w literaturze najlepsze: piekielnie inteligentną, dobrze napisaną i satyryczną powieść, która zręcznie i ślicznie igra sobie z takimi sprawami jak nanotechnologia, rewolucja w Central Parku, przezroczyste dżinsy, waginoplastyka.

  1. kolega Tetrix pisze:

    Człowiek, który potrafi w wysokonakładowym piśmie przyznać się, że jest fanem „Zardoza” (jak kto nie wie, google pics – ze szczególnym wskazaniem na Seana Connery’ego w szelkopieluchach), nie może nie mieć a) solidnej fantastycznej wkrętki i b) zdystansowanego, a jednak wrażliwego spojrzenia na ludzi ponadnormatywnie pogiętych (znaczy, 100% populacji, jeśli się dobrze przyjrzeć…).

    A co do cuchnących książek – kiedyś od bukinisty przy ruchliwej ulicy kupiłem trzy takie, które byłem w stanie przeczytać dopiero po paruletnim (!) wietrzeniu na balkonie. Naftalina, Himmelherrgott.

  2. Łukasz pisze:

    Po sugestii czcigodnego inżyniera Edwarda Mruwnicy (o śródziemnomorskiej urodzie i oku jak laser), jak i płomiennych konsultacjach z koleżankami z redakcji, dokonałem korekty i „supersmutną” zastosowałem w poprawnej formie. Przepraszam za ewentualny absmak w trakcie lektury przed poprawką. Zasugerowałem się otrzymanymi materiałami, w których przemiennie hulało „super smutna”, „supersmutna”, „super-smutna”. Ale to moja wina i sam powinienem wszystko sprawdzić przed wrzutką na bloga.

  3. Łukasz pisze:

    @ kolega Tetrix

    W „Supersmutnej” zapach unoszacy się ponad stronicami porównywany jest przez młodziaków do cuchnących skarpet. W ogóle – to atrybut reakcji i żulerki.

  4. inz.mruwnica pisze:

    Tytuł tytułem, ale jak tak czytam sobie różne opisy i recki, to dopada mnie nieodparte do-not-want. Wygląda mi to na przedstawiciela nurtu „In the future there will be morons”. Takie quasikonsewa popierdywanie, och, och, zatracimy istotę człowieczeństwa. I naturalną.

  5. mrw pisze:

    @Człowiek, który potrafi w wysokon­akład­owym piśmie przyz­nać się, że jest fanem “Zardoza”

    jest hipsterem, na którego nie warto zwracać uwagi.

  6. Nachasz pisze:

    Odczepcie się od Zardoza, bardzo was proszę.

  7. Łukasz pisze:

    @ inz.mruwnica

    Ech, czyta się przyjemnie. I on ma fajne pomysły, dobry styl i rzeczywiście śmieszy. Ale jak się uprzedziłeś, to przy lekturze i tak będziesz już tylko szukał potwierdzenia, że on suaby. No i z tym Kominkiem – marność nad marnościami. Ale to nie wina G.S. przecież. Ktoś sobie w wydawnictwie wymyślił, że taka pieczątka będzie dobrze robiła. Biedny ktoś.

  8. inz.mruwnica pisze:

    @: I on ma fajne pomysły

    No właśnie te pomysły mi najbardziej się nie podobają. Najbardziej to, że w przyszłości wszyscy będą coś robić, albo nie robić. No nigdy w historii tak nie było, żeby wszyscy coś i wszyscy mocno i koniecznie i tylko tak. Nawet jeśli ograniczymy się do jednego miasta dla wyostrzenia tezy. Dziś: wszyscy mają komórki? No niech nawet będzie, że wszyscy, ale „komórka” to nazwa określająca wachlarz urządzeń o może czterech wspólnych cechach: zbliżona wielkość, rozmowy głosowe, ???, profit.

    No i książki będą dzieciom śmierdzieć. Ryli? Dziś można znaleźć amatorów filmów z osobami dowolnej płci, tuszy, owłosienia i otoczonych w dowolnej substancji. I w przyszłości to się zmieni, bo wszyscy będą jednakowym jednym bohaterem z jednym fetyszem. Tylko, że razy miliard. Plus jeden hibernatus, który widzi jak świat się zmienił i płacze.

    To tak jak w „Wiecznej wojnie”. Gość zobaczył na ulicy trzech niepobitych homoseksualistów i wymyślił, że w przyszłości WSZYSCY będą MUSIELI być HOMO. Bo to logiczne, że skoro stok jest nachylony, to w przyszłości będzie nachyleńszy, a potem pionowy, a potem w przewieszeniu, a nie da się przecież chodzić do góry nogami, głuptasy. Opamiętajcie się!

  9. Łukasz pisze:

    @ inż.mruwnica

    Ale może to wina mojej recenzji. Za bardzo położyłem nacisk na książki i aparat. Ale Gary tak to wszystko wyważa i aranżuje, że kupujesz jego wizję. Przynajmniej ja kupiłem. „Supersmutna” to nie jest supersieriozna powieść wyprodukowana przez polskiego prawicowego pisarza s/f, który traktuje ją jako młot na postepowców, gejów i Niemców. Pamiętaj, że to satyra i niektóre rzeczy są świadomie przerysowane. Gibson i Dick nie pokazywali, że panie, w przyszłosci to my, wszyscy, będziemy to a to i tak a tak?

  10. sans_merci pisze:

    A dlaczego podkreslasz, ze Koreanka wydepilowana?

  11. mrw pisze:

    @ Gib­son i Dick nie pokazy­wali, że panie, w przyszłosci to my, wszyscy, będziemy to a to i tak a tak?

    Poza jednym opowiadaniem, którego osią było, że będziemy to a to i tak a tak, nie kojarzę wąskiej wizji u Dicka. U Gibsona to już w ogóle niemożliwe.

    Tej, dlaczego podkreśliłeś wydepilowanie panny Park? #orbitowskizm

  12. Łukasz pisze:

    @ mrw @sans_merci

    Jest kontrastem dla nadmiernie owłosionego Lenny’ego. Ona jest człowiekiem przyszłości – schludna, szczupła, wydepilowana, wysportowana. On się poci i jest włochaczem.

  13. Barts pisze:

    Umm, co to jest #orbitowskizm?

  14. kolega Tetrix pisze:

    @jest hip­sterem, na którego nie warto zwracać uwagi

    Spoken like a TRVE hipster.
    Poza tym jest za stary. Tak w pół drogi do hep cata.

  15. Karman pisze:

    No właśnie autorze – jak stoisz na Orbitowskim?

  16. Łukasz pisze:

    @ Karman

    Ale o co właściwie pytasz? Bo nie bardzo chwytam.

  17. Karman pisze:

    Hm, no, jak go odbierasz?
    Pytam przede wszystkim o to, czy produkcje Orbitowskiego w ogóle jesteś w stanie przetrawić, czy Orbitowski nie staje ci w jelitach. Mnie się zawsze wydawało, że Orbitowski zapełnia książki poetyką podobną do tej Żulczykowej, z niesławnego „Instytutu”, czyż nie?

  18. Łukasz pisze:

    @ Karman

    Póki co, to go bardzo mało odebrałem. Kolega Szpak z MKKM mnie skutecznie odstraszył informując, że słabe, i po co w ogóle. Posiadam 2 jego powieści, ale wciaż czekają. Od bloga sie odbiłem, bo za dużo heavt metalu, a reszta cienka. Ale może nie ma się co dziwić? Bo gdzies tam wyznawał, że bierze udział w 17 (czy 14) projektach literackich równocześnie – że rozgrzebane powieści, opowiadania, tu recenzje, tam eseje, tu felietony, tam wywody growe. Naście równocześnie? To nie może być dobre.